Do czytania włączcie sobie Taylor Swift - Red :>
Ja chcę tak ładnie pisać...
-----------------------------------------------------
Jesteśmy razem bardzo szczęśliwi - myślałam zawsze gdy patrzyłam na mojego chłopaka. Zayn jest cudowny, ale od pewnego czasu coś zaczyna się między nami psuć. Malik staje się bardzo podejrzany. Chodził w ciemnych bluzach, zakrywał ręce, nogi i twarz, tak jakby się czegoś wstydził. Nic nie podejrzewałam, do czasu, aż z naszego konta zaczęły ubywać pieniądze. Za każdym razem gdy chciałam o tym porozmawiać on po prostu uciekał. Znikał na wiele godzin, często wracał późno w nocy, pijany. Nie mogłam też z nim rozmawiać, bo zaraz na mnie naskakiwał, martwiłam się o niego. Sądziłam, że ma kochankę. Zdradza mnie pewnie z jakimś plasticzkiem, po to mu te zasrane pieniądze, na jej zachcianki! Pewnego dnia to wszystko wymknęło się spod mojej kontroli. Zayn kolejny raz ubrał się na czarno, założył kaptur na głowę i bez słowa wyszedł z mieszkania. Postanowiłam go śledzić. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, bo wierzyłam mu na słowo. Bałam się troszkę, że mnie zauważy, ale nie oglądał się za siebie. Doprowadził mnie do starych, opuszczonych fortów na obrzeżach miasta. Wszedł do jednego pomieszczenia, w ścianie była wielka dziura, przykucnęłam tak, żeby nie było mnie widać, i żebym miała dobry podgląd sytuacji. Zayn podszedł do jakiś dwóch osiłków, jeden z nich siedział na kamieniu i coś jadł, a drugi kręcił się po pomieszczeniu. Malik stanął przed nim, rzucił na ziemię paczkę i chciał odejść.
- Dokąd to, Malik? - zapytał jeden podchodząc do niego. - Zapomniałeś o czymś? Ile tu jest tej kasy, co?
- 30 tysięcy, tyle ile miało być, dasz mi teraz spokój?
- Hahaha, śmieszny jesteś Malik - zaczął okrążać mojego chłopaka, a mi zmroziła się krew. - Chyba nie chcesz, żeby ta twoja dziunia się o tym dowiedziała?
- Julii w to nie mieszaj, Brad! To są nasze sprawy!
- Właśnie, Zayn, nasze. Po co chciałeś, żeby moja laska cię zadowoliła?! - krzyknął i uderzył mojego chłopaka w brzuch, a on się zwinął. Czyli jednak on mnie zdradził. Chciałam mu to wszystko wygarnąć, ale nie mogłam.
- Uspokój się. Nic między nami nie zaszło! Zapytaj się Jess, ona to potwierdzi!
- Nie wierzę ci! - położył go na ziemi i zaczął kopać, po chwili przestał, bo usłyszał telefon w kieszeni.
- Halo, Jess? Co? Tak, tak, zaraz będę, tylko coś dokończę, też cię kocham, pa - powiedział rozłączają się. Kucnął obok Zayna, chwycił jego głowę i podniósł tak, żeby patrzył mu w oczy.
- Masz szczęście Malik, teraz pozwolę ci odejść. Zmykaj, liczę do 3.
Zayn szybko wstał i zaczął iść w kierunku wyjścia z pomieszczenia, ja schowałam głowę, żeby mnie nie zauważył, nagle usłyszałam huk pistoletu. Podniosłam głowę i zobaczyłam, Zayna. Leżał na ziemi w kałuży krwi, a Brada i jego znajomego już nie było. Szybko wybiegłam zza ściany i poleciałam do mojego ukochanego. Chwyciłam jego głowę i położyłam sobie na kolanach.
- Zayn, Zayn, błagam nie umieraj, błagam nie opuszczaj mnie! - mówiłam ze łzami w oczach, patrząc jak mój chłopak robi się coraz bledszy i cięższy.
- Julio... przepraszam. Nie chciałem cię w to mieszać. Między mną i Jess nic nie doszło, uwierz mi, proszę.
- Wierzę ci, zawsze ci wierzyłam, ale zaczęłam się martwić i to chyba dobrze.
- Dobrze... kochanie, wybacz mi. Muszę to zrobić, muszę teraz odejść, żebyś była szczęśliwa z kimś innym, rozumiesz to?
- Zayn nie! Nie mów tak, ja jestem szczęśliwa tylko z tobą, słyszysz?! Tylko z tobą! Nie wytrzymam bez ciebie!
- Będę z tobą, tutaj - powiedział wskazując na serce, po czym zamknął swoje brązowe oczy. Odszedł, czułam to. Mój ukochany odszedł. Zaczęłam płakać, położyłam jego głowę na ziemi i położyłam się obok niego, głowę miałam na jego torsie. Leżeliśmy teraz tak jak co noc w naszym łóżku, wtuleni w siebie i szczęśliwi, tylko teraz nikt nie był szczęśliwy. Po chwili usłyszałam sygnał policji i karetki. Potem zamknęłam oczy i nic więcej z tamtego dnia nie pamiętam.
Minęło 9 miesięcy. Dzień po śmierci Zayna, źle się poczułam i zrobiłam sobie test ciążowy, wyszedł pozytywnie. Byłam w ciąży z moim nie żyjącym już chłopakiem. Teraz miałam dla kogo żyć. Kilka miesięcy później, znaleziono Brada i jego kolegę Chasa, okazało się, że zabili nie tylko Zayna. Byłam jako świadek na rozprawie, widać było mi już brzuch. Po rozprawie podeszła do mnie wtedy już żona Brada, Jess.
- Julia tak? Chciałam ci tylko powiedzieć, że między mną a Zaynem nic nie zaszło.
- Wiem - powiedziałam ze łzami w oczach. - Powiedział mi to przed śmiercią.
- Przykro mi, na prawdę. To jego dziecko? - spytała patrząc na brzuch. Kiwnęłam głową. - Mam nadzieję, że sobie poradzisz. Jeszcze raz przepraszam, bo to przeze mnie Zayn nie żyje, wybacz.
Potem odeszłam i wróciłam do domu.
Gdy byłam już gotowa, czyli w 9 miesiącu ciąży, przyszedł czas, aby moje dziecko opuściło brzuszek. Pojechałam do szpitala z Jess, z którą się zaprzyjaźniłam. Po kilku godzinach męczarni urodziłam synka. Dałam mu na imię Liam, czyli wojownik. Będzie waleczny jak ojciec. Po porodzie leżałam na sali, przynieśli mi Liamka. Pielęgniarka położyła mi go na rękach i nagle okno się otworzyło z hukiem. Zaświeciło słońce, co było dziwne, bo od około tygodnia padał ciągle deszcz. Promienie słońca padły prosto na mnie i na dziecko, wtedy usłyszałam cichy głos 'Jest piękny jak ty, Julio. Kocham was'. Wiedziałam kto to mówi. To był Zayn, z nieba. Od tamtej pory wiem, że czuwa nade mną i nad Liamem. Jesteśmy bezpieczni.
niedziela, 8 września 2013
#59 Marcel Styles cz.3/3
Przepraszam, że wcześniej nie wkleiłam 3 części, ale nie miałam czasu ;_;. Ale kończy się cudownie... Aż się prawie popłakałam :')
--------------------------------------------
Od razu po przekroczeniu progów budynku szkoły poczułam skupienie wszystkich par oczu na mojej osobie. Nic sobie z tego nie robiąc szłam dalej w kierunku sali, gdzie miały odbyć się zajęcia. Z daleka zobaczyłam roześmiane twarze moich przyjaciół.
- Hej! - Powiedziałam na przywitanie. Oni nie zareagowali, tylko dalej rozmawiali sobie w najlepsze ignorując moją osobę. - Hallo? Stało się coś? -Spytałam zdezorętowana.
- Nie zawracjaj nam głowy i idź lepiej do swojego Marcelka. - Powiedział Mark.
- Co? O co wam chodzi?
- To już się nie pamięta z kim się umawiało? - Spytał z ironią Filip.
- Spotkałam się z Marcelem owszem, a macie z tym jakiś problem? - Odpowiedziałam chamsko.
- Tak, mamy. Jak wolisz tego lamera od nas to proszę. - Powiedział i odszedł ode mnie a za nim reszta naszej paczki.
- Co im odwalilo? - Powiedziałam sama do siebie. I co najważniejsze skąd oni wiedzą o moim spotkaniu z Styles' em? Nie długo było dane mi się nad tym zastanawiać, gdyż w całej szkole zabrzmiał dzwonek. Wszyscy weszli do sali, zaczęłam kierować się w stronę ławki, którą dzieliłam z (i.t.p.). Już chciałam usiąść na krześle, gdy usłyszałam jej głos.
- To miejsce jest zajęte. - Powiedziała do mnie oschle.
- Tak? - Zdziwiłam się. - A to przez kogo? - Zapytałam zdziwiona.
- A to już nie twoja sprawa. - Warknęła. Zdziwiona tą całą chorą sytuacją odwróciłam się za poszukiwaniem jakiegoś wolnego miejsca. Niestety prawie wszystkie są zajęte. Oprócz ostatniej ławki w, której zawsze siedzi Marcel. Za raz za, raz to go nie ma dzisiaj w szkole? To dziwine nigdy nie opuszcza zajęć.
- Panno (t.n.) proszę siadać! - Zdenerwowana Pani od biologi zmierzała mnie wzrokiem.
- Tak, proszę Pani. - Odpowiedziałam grzecznie. Siadłam w ostatniej ławce, obok miejsca Marcela. Z nadzieją, że się pojawi. I w tym oto momencie do sali wszedł Marcel. Jest podobnie ubrany jak na naszej randce. Tylko, że towarzyszą mu te jego wielkie okulary.
- Przepraszam Panią za spóźnienie. - Powiedział i wszyscy z zdziwieniem mu się przyglądają. Pewnie dostali szoku z resztą co się dziwić? Chłopak podszedł do ławki i zdziwieniem wymalowanym na twarzy wyciągnął podręczniki na ławkę.
- Co się stało, że ze mną siedzisz? - Spytał po chwili.
- Szkoda gadać. - Powiedziałam i zaczęłam się wsłuchiwać w głos pani profesor.
Jak zawsze po rozbrzmieniu dzwonka, wszyscy wybiegli z sali. A ja wraz z nimi. Zawsze czas przerwy spędzałam z moją paczką ale teraz jak się od mnie odwrócili to muszę teraz jakoś inaczej zagospodarować ten czas. Marcel. To dobry pomysł. Ruszyłam w poszukiwaniu chłopaka, lecz nigdzie nie mogłam go znaleść. Gdy nagle zabrzmiał dzwonek na lekcje. Teraz wychowanie fizyczne żeńskiej części klasy.
Przez cały dzień nie mogłam nigdzie znaleść Marcela. A jak już był zasięgu mojego wzroku to odwracał się w inną stronę. Czy on mnie unika? Ta myśli dreczyła mnie cały dzień. Najpierw moja przyjaciółka i przyjaciele się ode mnie odwrócili a teraz Marcel. Czy wszystko musi mi się walić? Zawsze ja? Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek chwyciłam swoją torbę i wyszłam z sali a następnie z budynku szkoły. Gdy miałam już całkowicie opuścić budynek szkoły zobaczyłam Marcela idacego w kierunku wyjścia. Gdy mnie zobaczył od razu chciał zmienić kierunek w którym miał iść. Od razu podeszłam w jego stronę.
- Hej! Marcel zaczekaj! - Powiedziałam.
- Przepraszam Cię (t.i.) ale nie możemy się dalej spotykać. - Powiedział. Widziałam, że te słowa sprawiały mu trudność.
- Co dlaczego? - Spytałam. Po chwili poczułam jak w moich oczach zbierają się łzy.
- Tak będzie lepiej dla Ciebie. - Powiedział i w jego pięknych zielonych oczach zebrały się łzy.
- Dlaczego tak uważasz? - Spytałam. Zależy mi na nim. Zależy mi na tym byś my się spotykaliśmy. Bo........bo go kocham. Tak kocham tego mojego kochanego kujonka.
- Bo przeze mnie twoi przyjaciele nie chcą z tobą rozmawiać. To wszystko prze mnie. - Powiedział łamiącym głosem, po czym zobaczyłam jak po jego policzku spływają gorzkie łzy.
- Oni mnie nie obchodzą. Dla mnie liczysz się tylko ty. - Powiedziałam i dałam upust emocją. Po mojej twarzy poleciały łzy.
- Kocham Cię (t.i.) i chcę dla Ciebie jak najlepiej.
- To pozwól kochać i być kochanym. - Powiedziałam i zlączyłam nasze usta w jedność.
Bo to nie szata zdobi człowieka, lecz to co ma w środku.
--------------------------------------------
Od razu po przekroczeniu progów budynku szkoły poczułam skupienie wszystkich par oczu na mojej osobie. Nic sobie z tego nie robiąc szłam dalej w kierunku sali, gdzie miały odbyć się zajęcia. Z daleka zobaczyłam roześmiane twarze moich przyjaciół.
- Hej! - Powiedziałam na przywitanie. Oni nie zareagowali, tylko dalej rozmawiali sobie w najlepsze ignorując moją osobę. - Hallo? Stało się coś? -Spytałam zdezorętowana.
- Nie zawracjaj nam głowy i idź lepiej do swojego Marcelka. - Powiedział Mark.
- Co? O co wam chodzi?
- To już się nie pamięta z kim się umawiało? - Spytał z ironią Filip.
- Spotkałam się z Marcelem owszem, a macie z tym jakiś problem? - Odpowiedziałam chamsko.
- Tak, mamy. Jak wolisz tego lamera od nas to proszę. - Powiedział i odszedł ode mnie a za nim reszta naszej paczki.
- Co im odwalilo? - Powiedziałam sama do siebie. I co najważniejsze skąd oni wiedzą o moim spotkaniu z Styles' em? Nie długo było dane mi się nad tym zastanawiać, gdyż w całej szkole zabrzmiał dzwonek. Wszyscy weszli do sali, zaczęłam kierować się w stronę ławki, którą dzieliłam z (i.t.p.). Już chciałam usiąść na krześle, gdy usłyszałam jej głos.
- To miejsce jest zajęte. - Powiedziała do mnie oschle.
- Tak? - Zdziwiłam się. - A to przez kogo? - Zapytałam zdziwiona.
- A to już nie twoja sprawa. - Warknęła. Zdziwiona tą całą chorą sytuacją odwróciłam się za poszukiwaniem jakiegoś wolnego miejsca. Niestety prawie wszystkie są zajęte. Oprócz ostatniej ławki w, której zawsze siedzi Marcel. Za raz za, raz to go nie ma dzisiaj w szkole? To dziwine nigdy nie opuszcza zajęć.
- Panno (t.n.) proszę siadać! - Zdenerwowana Pani od biologi zmierzała mnie wzrokiem.
- Tak, proszę Pani. - Odpowiedziałam grzecznie. Siadłam w ostatniej ławce, obok miejsca Marcela. Z nadzieją, że się pojawi. I w tym oto momencie do sali wszedł Marcel. Jest podobnie ubrany jak na naszej randce. Tylko, że towarzyszą mu te jego wielkie okulary.
- Przepraszam Panią za spóźnienie. - Powiedział i wszyscy z zdziwieniem mu się przyglądają. Pewnie dostali szoku z resztą co się dziwić? Chłopak podszedł do ławki i zdziwieniem wymalowanym na twarzy wyciągnął podręczniki na ławkę.
- Co się stało, że ze mną siedzisz? - Spytał po chwili.
- Szkoda gadać. - Powiedziałam i zaczęłam się wsłuchiwać w głos pani profesor.
Jak zawsze po rozbrzmieniu dzwonka, wszyscy wybiegli z sali. A ja wraz z nimi. Zawsze czas przerwy spędzałam z moją paczką ale teraz jak się od mnie odwrócili to muszę teraz jakoś inaczej zagospodarować ten czas. Marcel. To dobry pomysł. Ruszyłam w poszukiwaniu chłopaka, lecz nigdzie nie mogłam go znaleść. Gdy nagle zabrzmiał dzwonek na lekcje. Teraz wychowanie fizyczne żeńskiej części klasy.
Przez cały dzień nie mogłam nigdzie znaleść Marcela. A jak już był zasięgu mojego wzroku to odwracał się w inną stronę. Czy on mnie unika? Ta myśli dreczyła mnie cały dzień. Najpierw moja przyjaciółka i przyjaciele się ode mnie odwrócili a teraz Marcel. Czy wszystko musi mi się walić? Zawsze ja? Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek chwyciłam swoją torbę i wyszłam z sali a następnie z budynku szkoły. Gdy miałam już całkowicie opuścić budynek szkoły zobaczyłam Marcela idacego w kierunku wyjścia. Gdy mnie zobaczył od razu chciał zmienić kierunek w którym miał iść. Od razu podeszłam w jego stronę.
- Hej! Marcel zaczekaj! - Powiedziałam.
- Przepraszam Cię (t.i.) ale nie możemy się dalej spotykać. - Powiedział. Widziałam, że te słowa sprawiały mu trudność.
- Co dlaczego? - Spytałam. Po chwili poczułam jak w moich oczach zbierają się łzy.
- Tak będzie lepiej dla Ciebie. - Powiedział i w jego pięknych zielonych oczach zebrały się łzy.
- Dlaczego tak uważasz? - Spytałam. Zależy mi na nim. Zależy mi na tym byś my się spotykaliśmy. Bo........bo go kocham. Tak kocham tego mojego kochanego kujonka.
- Bo przeze mnie twoi przyjaciele nie chcą z tobą rozmawiać. To wszystko prze mnie. - Powiedział łamiącym głosem, po czym zobaczyłam jak po jego policzku spływają gorzkie łzy.
- Oni mnie nie obchodzą. Dla mnie liczysz się tylko ty. - Powiedziałam i dałam upust emocją. Po mojej twarzy poleciały łzy.
- Kocham Cię (t.i.) i chcę dla Ciebie jak najlepiej.
- To pozwól kochać i być kochanym. - Powiedziałam i zlączyłam nasze usta w jedność.
Bo to nie szata zdobi człowieka, lecz to co ma w środku.
piątek, 6 września 2013
#58 Marcel Styles cz.2/3
Ostatni dzwonek i weekend. No może dla mnie nie do końca. Zostało jeszcze tylko pięć godzin kozy. Prawie wszyscy uczniowie wyszli z sali, w której zostałam tylko ja i Marcel, wraz z szanownym Panem profesorem.
- No to kochani ja was tu zostawiam i przyjdę za kilka godzin. Mam nadzieje, że nic nie zmalujecie. - Powiedział i podszedł w stronę drzwi. Gdy już miał wychodzić, przystanął jeszcze na chwilę. Potrząsł głową tak jak by w geście zaprzeczenia i odwrócił się w naszą stronę.
- Pamiętajcie, że jesteście nadal na terenie szkoły więc proszę nie zróbcie niczego głupiego. - Powiedział i wyszedł z sali zamykając ją na klucz, zostawiając mnie samą z Marcelem.
- Niczego głupiego? O co mu chodziło? - Spytał zdziwiony, na co ja popatrzyłam się na niego dwuznacznie.
- No wiesz, chodziło mu o to.... - Powiedziałam tak by zrozumiał. Na moje słowa jego policzki od razu przybrały kolor bladego różu. Siadłam na swoim krześle i wyciągnęłam z torby kanapki. Odpakowałam jedną i odgryzłam kawałek. Popatrzyłam się ukradkiem na Marcela co on robi a on poszedł w moje ślady i tak samo siadł w ławce wyciągając swoje śniadanie. W całej sali zapadła cisza. Szczerzr to bardzo mi ona przeszkadzała. Muszę ją jakoś przerwać.
- Czemu nie siądziesz sobie obok mnie? - Spytałam. Ten odwrócił się w mmoją stronę.
- A nie będzie Ci to przeszkadzało? - Spytał, niepewnie.
- Jak by mi to przeszkadzało to bym się nie pytała, nie? - Ten tylko wstał, biorąc swoje rzeczy i przesiadł się jedną ławkę przede mnie. Połorzył swoje rzeczy na mojej ławce i sam się dosiadł do mojej. I znów zapadła ta krępująca cisza. Którą teraz o dziwo przerwał Marcel.
- Z czym masz? - Spytał.
- Co? - Zapytałam zdziwiona jego pytaniem.
- Kanapkę. Z czym masz kanapkę? - Spytał po raz kolejny a ja popatrzyłam się na jedzenie które trzymałam teraz w ręcę.
- Z szynką i ogórkiem. A ty? - Spytałam.
- Z serem i sałatą. - Odpowiedział gryząc swoją kanapkę, która wyglądała bardzo apetycznie.
- A może...no...wiesz....chciałbyś się zamienić. Ja dam Ci drugą połowę mojej a ty dasz mi swojej? - Za proponowałam z nadzieją, że się zgodzi, bo inaczej wyjdę na idiotkę.
- No pewnie. - Odpowiedział z uśmiechem, który odwzajemniłam. Podałam mu połowę kanapki a w zamian on oddał i swoją. Szybko dokończyłam tą co jadłam by jak najszybciej móc spróbować tej Marcela. W ten przypomniałam sobie, że przecież Styles miał mi wytłumaczyć co mu strzeliło do głowy, że to zrobił.
- To powiesz mi co się stało, że zrobiłeś to w toalecie? - Spytałam a jemu od razu mina zrzedła. Odłożył kanapkę na sreberko na stoliku.
- No wiesz.... - Zaczął niepewnie.
- Co wiem? Kurczę Marcel mów szybko i będziesz miał to z głowy. - Powiedziałam już troszkę poddenerwowana. Ciekawość zżerała mnie od środka.
- Bo Ty mi się od dawna podobasz i chciałem spędzić z tobą troszkę czasu i więc wymyśliłem to byśmy razem trafiliśmy do kozy bo przecież Ty nigdy byś się ze mną nie umówiła. - Powiedział i od razu spuścił głowę na dół i oblał się rumieńcem. Za raz, za raz! Podobam się Marcelowi? Jakie to słodkie. Nie przecież cały czas to ten sam kujon, który załatwił mi siedzenie w kozie! Ach! (t.i.) ogarnij się!
- Czemu myślisz, że bym się z tobą nie umówiła? - Spytałam cicho.
- Bo ty jesteś taka piękna, mądra i popularna a ja.... nikt mnie nie lubi i wszyscy uważają mnie za kujona. - Wyżalił mi się, jak małe dziecko mamie którego nikt nie lubi w przedszkolu.
- I tu się mylisz. - Powiedziałam dumnie. - Bardzo chętnie się z Tobą umuwię a tak na marginesie to nie jestem taka znowu popularna. - Powiedziałam z uśmiechem.
- Serio? A twoi przyjaciele nie będą mieli nic przeciwko? - Spytał z nadzieją.
- Będą musieli się z tym pogodzić. - Odpowiedziałam z uśmiechem i wtedy dotatło do mnie w co ja się właściwie wpakowałam. Boże co mi szczeliło do głowy, że umówiłam się z nawiększym kujonem w naszej szkole. Nie wypada się teraz wycofywać, no cóż miejmy nadzieje, że będzie fajnie.
- Naprawdę, dziękuję (t.i.), że się zgodziłaś to dla mnie wiele znaczy. - Powiedział i mocno mnie przytulił. - To może jutro o szesnastej? - Zaproponował.
- Pewnie. - Odpowiedziałam i wyciągnęłam z swojej torby karteczkę na której napisałam swój adres.
- Jeszcze raz dziękuję, obiecuję, że nie będziesz żałować. - Powiedział z uśmiechem.
- Wychodzisz gdzieś? - Spytała mnie mama, gdy zauważyła, że zchodzę ubrana w sukienkę po schodach.
- Umuwiłam się. - Odpowiedziałam.
- A dla kogo to się tak stroisz? - Spytała.
- Dla nikogo. - Odparłam gdy zaczęłam wyciągać z wielkiej szafy baleriny. Czemu od razu stroi? Jestem ubrana w zwykłą turkusową sukienkę z przepasanym wzdłóż mojej tali brązowym paskiem. Włosy pozostawione rozpuszczone, bez żadnych dodadków i od razu stroisz? Nagle po całym domu rozległ się dzwonek do drzwi. - To do mnie. - Rzuciłam szybko i zaczęłam kierować się w stronę drzwi. Ukradkiem spojżałam na zegarek, który w tym momencie wskazywał równą szesnastą. Punkułalny. - Pomyślałam. Otorzyłam drzwi i dostałam szoku.
- Marcel? - Zapytałam zdziwiona. On tylko zachichotał i pokiwał twierdząco głową. Przedemną już nie stoi ten okularnik Marcel tylko całkowicie odmieniony człowiek. Włosy zamiast idealnie ulizanych do tyły luźno postawione do głóry z czego wynikło pojawienie się prześlicznych loków. Stylizacja której nie powstydził się dziadek zajęły czarne rurki i zwykła koszula, której ostatnie dwa guziki byłu odpięte. Na stopach zaś pojawiły się białe All Star i coś co całkowicie zmieniło wygląd tego człowieka znikły te grube szkła, odsłaniając te jego cudowne zielone oczy.
- Podoba się? - Spytał.
- Pewnie, że się podoba. - Powiedziałam. - To co idziemy? - Spytałam na co ten pokiwał twierdząco głową. Szliśmy powoli delektóją się tą przepiękną pogodą, rozmawiając na przerużne tematy całkowicie nie związane z nałką. Kto by pomyślał, że ren kujon Marcel z ostatniej ławki, może hyć taki zabawny? Podowoli doszliśmy do małego lasku. Popatrzyłam się na niego zdziwiona, co zignorował i prowadził mnie dalej. Gdy doszliśmy do małrgo mostu, gdzie z oddali można było zobaczyć ustawiony koc z piknikiem.
- Wiesz, że nie musiałeś? - Zapytałam gdy siedliśmy na kocu.
- Wiem ale chciałem. - Odpowiedział. Rozmowa toczyła się dalej, bez żadnych przeszkudód. Marcel to wspaniały człowiek. Taki miły, spokojny, słodki, romantyczny, troskliwy, czóły i pełen poczócia chumoru. Jak by nie patrzeć chłopak ideał nie? Nim się spostrzegłam siedziałam wtólona w tors Styles'a. Nagle zastała cisza.
- Mogę Cię o coś zapytać? - Spytałam.
- No jasne pytaj. - Powiedział ochoczo.
- Czemu zmieniłeś swój wizerunek?
- Większość ludzi, a właściwie wszyscy nie lubią mnie po tym jak na mnie spojżą. No cóż w sweterku i tych szkłach. Więc chciałem się zmienić byś dała mi szanse a nie od razu na początku randki stwierdziła, że to jest nasze ostatnie takie spotkanie. Nie chciałam byś była do mnie uprzedzona. - Powiedział.
- Nie jestem do Ciebie uprzedzona. - Powiedziałam. - Gdy bym była to bym się z tobą w ogóle nie umówiła. - Powiedziałam.
- Teraz ja mogę się o coś zapytać?
- Pewnie. - Odpowiwdziałam.
- Czemu właściwie się ze mną umówiłaś? - Spytał.
- A co żałujesz? - Spytałam i się zaśmiałam.
- Nie! - Odpowiedział szybko.
- Bo to co powiedziałeś było miłe i ty ogólnie jesteś straszliwie miły. - Powiedziałam a ten się zarumienił.
- Wiesz co może już chodźmy bo robi się późno. - Powiedział Marcel i pomógł wstać i objął mnie ramieniem. I tak odprowadził mnie do domu. Gdy staliśmy już pod drzwiami prowadzącymi do mojego domu dopatrzyłam się w jego piękne tęczówki.
- Dziękuję Ci bardzo za ten wieczór. - Powiedziałam.
- Nie ma za co. To była sama przyjemność. - Powiedział i zaczął zbliżać do mnie. Nasze twarze dzieliły już tylko kilka milimetrów. Gdy w końcu nasze usta złączły. Na początku pocałunek był spokojny i niepewny aż przerodził się w pełen namiętności. Gdy w końcu się od siebie oderwaliśmy stanęliśmy przed sobą w kompletnej ciszy. Nie było mi niezręcznie a w ręcz przeciwnie. Czułam się pewnie.
- To do poniedziałku. - Powiedziałam i pracowałam go w policzek i zniknęłam w drzwiach. Czas spędzony z nim był nieziemski. Już nie mogę się doczekać następnego.
----------------------------------------------------------------
Porównanie okularów Harrego i Marcela :)
- No to kochani ja was tu zostawiam i przyjdę za kilka godzin. Mam nadzieje, że nic nie zmalujecie. - Powiedział i podszedł w stronę drzwi. Gdy już miał wychodzić, przystanął jeszcze na chwilę. Potrząsł głową tak jak by w geście zaprzeczenia i odwrócił się w naszą stronę.
- Pamiętajcie, że jesteście nadal na terenie szkoły więc proszę nie zróbcie niczego głupiego. - Powiedział i wyszedł z sali zamykając ją na klucz, zostawiając mnie samą z Marcelem.
- Niczego głupiego? O co mu chodziło? - Spytał zdziwiony, na co ja popatrzyłam się na niego dwuznacznie.
- No wiesz, chodziło mu o to.... - Powiedziałam tak by zrozumiał. Na moje słowa jego policzki od razu przybrały kolor bladego różu. Siadłam na swoim krześle i wyciągnęłam z torby kanapki. Odpakowałam jedną i odgryzłam kawałek. Popatrzyłam się ukradkiem na Marcela co on robi a on poszedł w moje ślady i tak samo siadł w ławce wyciągając swoje śniadanie. W całej sali zapadła cisza. Szczerzr to bardzo mi ona przeszkadzała. Muszę ją jakoś przerwać.
- Czemu nie siądziesz sobie obok mnie? - Spytałam. Ten odwrócił się w mmoją stronę.
- A nie będzie Ci to przeszkadzało? - Spytał, niepewnie.
- Jak by mi to przeszkadzało to bym się nie pytała, nie? - Ten tylko wstał, biorąc swoje rzeczy i przesiadł się jedną ławkę przede mnie. Połorzył swoje rzeczy na mojej ławce i sam się dosiadł do mojej. I znów zapadła ta krępująca cisza. Którą teraz o dziwo przerwał Marcel.
- Z czym masz? - Spytał.
- Co? - Zapytałam zdziwiona jego pytaniem.
- Kanapkę. Z czym masz kanapkę? - Spytał po raz kolejny a ja popatrzyłam się na jedzenie które trzymałam teraz w ręcę.
- Z szynką i ogórkiem. A ty? - Spytałam.
- Z serem i sałatą. - Odpowiedział gryząc swoją kanapkę, która wyglądała bardzo apetycznie.
- A może...no...wiesz....chciałbyś się zamienić. Ja dam Ci drugą połowę mojej a ty dasz mi swojej? - Za proponowałam z nadzieją, że się zgodzi, bo inaczej wyjdę na idiotkę.
- No pewnie. - Odpowiedział z uśmiechem, który odwzajemniłam. Podałam mu połowę kanapki a w zamian on oddał i swoją. Szybko dokończyłam tą co jadłam by jak najszybciej móc spróbować tej Marcela. W ten przypomniałam sobie, że przecież Styles miał mi wytłumaczyć co mu strzeliło do głowy, że to zrobił.
- To powiesz mi co się stało, że zrobiłeś to w toalecie? - Spytałam a jemu od razu mina zrzedła. Odłożył kanapkę na sreberko na stoliku.
- No wiesz.... - Zaczął niepewnie.
- Co wiem? Kurczę Marcel mów szybko i będziesz miał to z głowy. - Powiedziałam już troszkę poddenerwowana. Ciekawość zżerała mnie od środka.
- Bo Ty mi się od dawna podobasz i chciałem spędzić z tobą troszkę czasu i więc wymyśliłem to byśmy razem trafiliśmy do kozy bo przecież Ty nigdy byś się ze mną nie umówiła. - Powiedział i od razu spuścił głowę na dół i oblał się rumieńcem. Za raz, za raz! Podobam się Marcelowi? Jakie to słodkie. Nie przecież cały czas to ten sam kujon, który załatwił mi siedzenie w kozie! Ach! (t.i.) ogarnij się!
- Czemu myślisz, że bym się z tobą nie umówiła? - Spytałam cicho.
- Bo ty jesteś taka piękna, mądra i popularna a ja.... nikt mnie nie lubi i wszyscy uważają mnie za kujona. - Wyżalił mi się, jak małe dziecko mamie którego nikt nie lubi w przedszkolu.
- I tu się mylisz. - Powiedziałam dumnie. - Bardzo chętnie się z Tobą umuwię a tak na marginesie to nie jestem taka znowu popularna. - Powiedziałam z uśmiechem.
- Serio? A twoi przyjaciele nie będą mieli nic przeciwko? - Spytał z nadzieją.
- Będą musieli się z tym pogodzić. - Odpowiedziałam z uśmiechem i wtedy dotatło do mnie w co ja się właściwie wpakowałam. Boże co mi szczeliło do głowy, że umówiłam się z nawiększym kujonem w naszej szkole. Nie wypada się teraz wycofywać, no cóż miejmy nadzieje, że będzie fajnie.
- Naprawdę, dziękuję (t.i.), że się zgodziłaś to dla mnie wiele znaczy. - Powiedział i mocno mnie przytulił. - To może jutro o szesnastej? - Zaproponował.
- Pewnie. - Odpowiedziałam i wyciągnęłam z swojej torby karteczkę na której napisałam swój adres.
- Jeszcze raz dziękuję, obiecuję, że nie będziesz żałować. - Powiedział z uśmiechem.
- Wychodzisz gdzieś? - Spytała mnie mama, gdy zauważyła, że zchodzę ubrana w sukienkę po schodach.
- Umuwiłam się. - Odpowiedziałam.
- A dla kogo to się tak stroisz? - Spytała.
- Dla nikogo. - Odparłam gdy zaczęłam wyciągać z wielkiej szafy baleriny. Czemu od razu stroi? Jestem ubrana w zwykłą turkusową sukienkę z przepasanym wzdłóż mojej tali brązowym paskiem. Włosy pozostawione rozpuszczone, bez żadnych dodadków i od razu stroisz? Nagle po całym domu rozległ się dzwonek do drzwi. - To do mnie. - Rzuciłam szybko i zaczęłam kierować się w stronę drzwi. Ukradkiem spojżałam na zegarek, który w tym momencie wskazywał równą szesnastą. Punkułalny. - Pomyślałam. Otorzyłam drzwi i dostałam szoku.
- Marcel? - Zapytałam zdziwiona. On tylko zachichotał i pokiwał twierdząco głową. Przedemną już nie stoi ten okularnik Marcel tylko całkowicie odmieniony człowiek. Włosy zamiast idealnie ulizanych do tyły luźno postawione do głóry z czego wynikło pojawienie się prześlicznych loków. Stylizacja której nie powstydził się dziadek zajęły czarne rurki i zwykła koszula, której ostatnie dwa guziki byłu odpięte. Na stopach zaś pojawiły się białe All Star i coś co całkowicie zmieniło wygląd tego człowieka znikły te grube szkła, odsłaniając te jego cudowne zielone oczy.
- Podoba się? - Spytał.
- Pewnie, że się podoba. - Powiedziałam. - To co idziemy? - Spytałam na co ten pokiwał twierdząco głową. Szliśmy powoli delektóją się tą przepiękną pogodą, rozmawiając na przerużne tematy całkowicie nie związane z nałką. Kto by pomyślał, że ren kujon Marcel z ostatniej ławki, może hyć taki zabawny? Podowoli doszliśmy do małego lasku. Popatrzyłam się na niego zdziwiona, co zignorował i prowadził mnie dalej. Gdy doszliśmy do małrgo mostu, gdzie z oddali można było zobaczyć ustawiony koc z piknikiem.
- Wiesz, że nie musiałeś? - Zapytałam gdy siedliśmy na kocu.
- Wiem ale chciałem. - Odpowiedział. Rozmowa toczyła się dalej, bez żadnych przeszkudód. Marcel to wspaniały człowiek. Taki miły, spokojny, słodki, romantyczny, troskliwy, czóły i pełen poczócia chumoru. Jak by nie patrzeć chłopak ideał nie? Nim się spostrzegłam siedziałam wtólona w tors Styles'a. Nagle zastała cisza.
- Mogę Cię o coś zapytać? - Spytałam.
- No jasne pytaj. - Powiedział ochoczo.
- Czemu zmieniłeś swój wizerunek?
- Większość ludzi, a właściwie wszyscy nie lubią mnie po tym jak na mnie spojżą. No cóż w sweterku i tych szkłach. Więc chciałem się zmienić byś dała mi szanse a nie od razu na początku randki stwierdziła, że to jest nasze ostatnie takie spotkanie. Nie chciałam byś była do mnie uprzedzona. - Powiedział.
- Nie jestem do Ciebie uprzedzona. - Powiedziałam. - Gdy bym była to bym się z tobą w ogóle nie umówiła. - Powiedziałam.
- Teraz ja mogę się o coś zapytać?
- Pewnie. - Odpowiwdziałam.
- Czemu właściwie się ze mną umówiłaś? - Spytał.
- A co żałujesz? - Spytałam i się zaśmiałam.
- Nie! - Odpowiedział szybko.
- Bo to co powiedziałeś było miłe i ty ogólnie jesteś straszliwie miły. - Powiedziałam a ten się zarumienił.
- Wiesz co może już chodźmy bo robi się późno. - Powiedział Marcel i pomógł wstać i objął mnie ramieniem. I tak odprowadził mnie do domu. Gdy staliśmy już pod drzwiami prowadzącymi do mojego domu dopatrzyłam się w jego piękne tęczówki.
- Dziękuję Ci bardzo za ten wieczór. - Powiedziałam.
- Nie ma za co. To była sama przyjemność. - Powiedział i zaczął zbliżać do mnie. Nasze twarze dzieliły już tylko kilka milimetrów. Gdy w końcu nasze usta złączły. Na początku pocałunek był spokojny i niepewny aż przerodził się w pełen namiętności. Gdy w końcu się od siebie oderwaliśmy stanęliśmy przed sobą w kompletnej ciszy. Nie było mi niezręcznie a w ręcz przeciwnie. Czułam się pewnie.
- To do poniedziałku. - Powiedziałam i pracowałam go w policzek i zniknęłam w drzwiach. Czas spędzony z nim był nieziemski. Już nie mogę się doczekać następnego.
----------------------------------------------------------------
Porównanie okularów Harrego i Marcela :)
#57 Marcel Styles cz.1/3
Przed chwilą udało mi się znaleźć ciekawe opowiadanie o Marcelu. Dla przypomnienia to jest Marcel:

--------------------------------------------------------------------
- No a widziałaś jej nową bluzkę? – Spytała mnie przyjaciółka i mój wzrok od razu powędrował na Lola’e. Największa dziunia w tej szkole.
- No nawet ładna. – Powiedziałam, gdy nagle po Sali rozległ się głos, wymawiające moje imię. Podniosłam głowę i zaczęłam się rozglądać po Sali, gdy zauważyłam, że wszystkie pary oczy są skierowane na mnie.
- Więc jak? – Skierował się do mnie Profesor.
- Ale z czym? – Zapytałam niepewnie.
- Znów (t.i.) nie uważasz? – Spytał podejrzliwie, no to prawda, że nie uważam ale nie mogę przecież mu tego powiedzieć.
- Nie no skąd, proszę Pana. – Starałam się zamydlić mu oczy.
- Tak, to proszę do tablicy i rozwiązać to zadanie. – Wskazał na szereg liczb na tablicy. – Jeśli dobrze je rozwiążesz to przyznam Ci rację i wpiszę dobrą ocenę, do dziennika a jeśli nie to idziesz w piątek do kozy na cały dzień. – Powiedział podle.
- Na cały dzień… - Powtórzyłam za nim przełykając ślinę.
- Tak na cały dzień, więc proszę oto kreda. – Powiedział wyciągając w moją stronę rękę z białą kredą. Wstałam z mojego jakże wygodnego miejsca i zaczęłam się kierować w stronę tablicy, wcześniej zabierając z dłoni Pana profesora kredę. Odczytałam zapis i zaczęłam coś kreślić. Wczoraj przeczytałam ten temat i coś tam zapamiętałam więc całkowicie nie byłam taka zielona. Coś tam dodałam, odjęłam, pomnożyłam i coś mi wyszło, oby dobrze. Odwróciłam się w stronę profesora.
- Skończyłam. – Powiedziałam. A ten podszedł do tablicy i zaczął analizować mój zapis, po czym trochę zdziwiony wrócił się do mnie.
- Dobrze. – Powiedział a ja z uśmiechem wróciłam na swoje miejsce. Cała klasa patrzyła się na mnie z dziwieniem, a ja z dumą dodałam.
- To co z moją oceną? – Przypomniałam.
- Tak, tak już wpisuję. Bardzo dobry. – Powiedział i już zamachnął się by wpisać przy moim nazwisku cyfrę, gdy po całej Sali uniósł się głos.
- Ale tu jest pomyłka. – Usłyszałam głos największego kujona w całej szkole.
- Tak? – Spytał z zdziwieniem Profesor.
- No bo tam powinno się pomnożyć i później dodać a ty jest dodane a później pomnożone. – Powiedział Marcel.
- Ale to taki szczegół. – Powiedziałam z uśmiechem z nadzieją, że odpuści.
- No ale jednak jest źle. – Powiedział.
- No to jaki powinien być wynik? – Wróciłam się do Marcela.
- Sześć tysięcy pięćset siedemdziesiąt dwa dziesięciotysięcznych. – Powiedział, po czym spuścił głowę w dół.
- Pomyliło mi się o dwanaście. – Powiedziałam z nadzieją.
- No może zróbmy tak, że o tym zapomnimy i ani Pan nie wpisze mi oceny a ja nie będę musiała iść do kozy? – Zapytałam z nadzieją.
- Do zobaczenia jutro (t.n.). – Powiedział a w całej szkole zabrzmiał dzwonek, wszyscy, zaczęli się pakować i wychodzić z Sali, gdy nagle Marcel wybiegł z Sali. Pewnie stchórzył. – Pomyślałam i powoli zaczęłam kierować się w stronę wyjścia. Wyszłam z Sali i zobaczyłam, że przy męskiej toalecie. Podeszłam do zbiegowiska i zaczęłam obcerować co się dzieje.
- Proszę się przesunąć! – Krzyczał Profesor od historii. – Marcel co ty robisz?! - Powiedział z dziwieniem. – Proszę się rozejść i nie robić zbiegowiska! – Krzyknął na uczniów i wszyscy od razu się rozeszli, lecz ja nadal zostałam i przysłuchiwałam się temu wszystkiemu. – Co Ci szczeliło do głowy?! – Zapytał ale nie dostał odpowiedzi. – Nie chcesz mówić to nie ale kara i tak Cię nie minię. Zostajesz dzisiaj po lekcjach i to wszystko czyścisz a jutro cały dzień w kozie. – Powiedział i wyszedł z łazienki. Zostawiając go samego. Po chwili wyszedł i gdy mnie zobaczył od razu poprawił swoją koszulę i puścił mi oczko. Zignorowałam go i zobaczyłam do środka co takiego zrobił zacny Pan Marcel Styles. I to co zobaczyłam zszokowało mnie. Czarnym markerem na lustrze był napisane różne niecenzuralne napisy jak i rysunki. Tylko po co on to zrobił? Muszę się dowiedzieć o co chodziło.
- No to co jutro impreza? – Zapytał Mark. Nasza paczka zawsze w piątki gdzieś idzie. A to do kina, a to na imprezę czy inne formy rozrywki.
- Ja odpadam. – Powiedziałam z smutkiem.
- Co czemu? – Spytał z dziwieniem, a ja popatrzyłam się na niego dwuznaczną miną. – A no tak zapomniałem. – Przyznał.
- A nie możesz posiedzieć godzinkę a potem się zerwać? – Spytał Paul.
- Uwierz mi, że bym chciałam ale ostatnio skończyło się to tygodniową kozą a wolę iść raz i odbębnić to i mieć już z głowy. – Wyznałam. –Dobra wiecie co ja już idę do domu, głowa mnie trochę boli. – Skłamałam.
- Dobra to idź i się połóż. – Powiedziała (i.t.p.), przytuliła mnie na pożegnanie.
- Do jutra. – Powiedziałam i zaczęłam się kierować w stronę mojego domu. Droga nie zajęła mi długo. Weszłam do środka i od razu ściągnęłam buty i pobiegłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko, chwytając w ręce laptopa, odpaliłam go i od razu weszłam na czat. Wpisałam Marcel Styles i gdy go znalazłam od razu wysłałam mu zaproszenie do znajomych. Odłożyłam laptopa na łóżko i udałam się do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki naleśniki. Podsmażyłam je i od razu po posmarowaniu farszem zjadłam. Pozmywałam po sobie i z powrotem udałam się do mojego pokoju. Pojrzałam na monitor laptopa. Jedno powiadomienie z czatu. „Marcel Styles odpowiedział na twoje zaproszenie. Jesteście teraz znajomymi.” Szybko na niego weszłam i napisałam do niego.
Do: Hej ;)
Od: Cześć, co się stało, że do mnie napisałaś?
Do: Co się stało, że zrobiłeś to w łazience?
Od: Ja zapytałem się pierwszy ;P
Do: Chciałam znać odpowiedź na to pytanie. Więc jak?
Od: Dowiesz się jutro……
I się wyłączył. Co mu odbija? Najpierw to na lekcji, potem ta akcja w toalecie a teraz to? Kiedyś była plotka, że się we mnie kochał, ale ja nic z tym nie zrobiłam. Może teraz się na mnie mści? Nie to do niego nie podobne. Zawsze taki ułożony. Włosy idealnie uczesane do tyłu. Garniturowe spodnie wysoko podciągnięte. Nieskazitelna koszula, zapięta na wszystkie guziki a na to sweter. A na nosie grube okulary zaklejone na środku taśmą klejącą. I on miał się mścić. No cóż nie dowiem się tego teraz. Muszę wytrzymać do jutra.
--------------------------------------------------------------------
- No a widziałaś jej nową bluzkę? – Spytała mnie przyjaciółka i mój wzrok od razu powędrował na Lola’e. Największa dziunia w tej szkole.
- No nawet ładna. – Powiedziałam, gdy nagle po Sali rozległ się głos, wymawiające moje imię. Podniosłam głowę i zaczęłam się rozglądać po Sali, gdy zauważyłam, że wszystkie pary oczy są skierowane na mnie.
- Więc jak? – Skierował się do mnie Profesor.
- Ale z czym? – Zapytałam niepewnie.
- Znów (t.i.) nie uważasz? – Spytał podejrzliwie, no to prawda, że nie uważam ale nie mogę przecież mu tego powiedzieć.
- Nie no skąd, proszę Pana. – Starałam się zamydlić mu oczy.
- Tak, to proszę do tablicy i rozwiązać to zadanie. – Wskazał na szereg liczb na tablicy. – Jeśli dobrze je rozwiążesz to przyznam Ci rację i wpiszę dobrą ocenę, do dziennika a jeśli nie to idziesz w piątek do kozy na cały dzień. – Powiedział podle.
- Na cały dzień… - Powtórzyłam za nim przełykając ślinę.
- Tak na cały dzień, więc proszę oto kreda. – Powiedział wyciągając w moją stronę rękę z białą kredą. Wstałam z mojego jakże wygodnego miejsca i zaczęłam się kierować w stronę tablicy, wcześniej zabierając z dłoni Pana profesora kredę. Odczytałam zapis i zaczęłam coś kreślić. Wczoraj przeczytałam ten temat i coś tam zapamiętałam więc całkowicie nie byłam taka zielona. Coś tam dodałam, odjęłam, pomnożyłam i coś mi wyszło, oby dobrze. Odwróciłam się w stronę profesora.
- Skończyłam. – Powiedziałam. A ten podszedł do tablicy i zaczął analizować mój zapis, po czym trochę zdziwiony wrócił się do mnie.
- Dobrze. – Powiedział a ja z uśmiechem wróciłam na swoje miejsce. Cała klasa patrzyła się na mnie z dziwieniem, a ja z dumą dodałam.
- To co z moją oceną? – Przypomniałam.
- Tak, tak już wpisuję. Bardzo dobry. – Powiedział i już zamachnął się by wpisać przy moim nazwisku cyfrę, gdy po całej Sali uniósł się głos.
- Ale tu jest pomyłka. – Usłyszałam głos największego kujona w całej szkole.
- Tak? – Spytał z zdziwieniem Profesor.
- No bo tam powinno się pomnożyć i później dodać a ty jest dodane a później pomnożone. – Powiedział Marcel.
- Ale to taki szczegół. – Powiedziałam z uśmiechem z nadzieją, że odpuści.
- No ale jednak jest źle. – Powiedział.
- No to jaki powinien być wynik? – Wróciłam się do Marcela.
- Sześć tysięcy pięćset siedemdziesiąt dwa dziesięciotysięcznych. – Powiedział, po czym spuścił głowę w dół.
- Pomyliło mi się o dwanaście. – Powiedziałam z nadzieją.
- No może zróbmy tak, że o tym zapomnimy i ani Pan nie wpisze mi oceny a ja nie będę musiała iść do kozy? – Zapytałam z nadzieją.
- Do zobaczenia jutro (t.n.). – Powiedział a w całej szkole zabrzmiał dzwonek, wszyscy, zaczęli się pakować i wychodzić z Sali, gdy nagle Marcel wybiegł z Sali. Pewnie stchórzył. – Pomyślałam i powoli zaczęłam kierować się w stronę wyjścia. Wyszłam z Sali i zobaczyłam, że przy męskiej toalecie. Podeszłam do zbiegowiska i zaczęłam obcerować co się dzieje.
- Proszę się przesunąć! – Krzyczał Profesor od historii. – Marcel co ty robisz?! - Powiedział z dziwieniem. – Proszę się rozejść i nie robić zbiegowiska! – Krzyknął na uczniów i wszyscy od razu się rozeszli, lecz ja nadal zostałam i przysłuchiwałam się temu wszystkiemu. – Co Ci szczeliło do głowy?! – Zapytał ale nie dostał odpowiedzi. – Nie chcesz mówić to nie ale kara i tak Cię nie minię. Zostajesz dzisiaj po lekcjach i to wszystko czyścisz a jutro cały dzień w kozie. – Powiedział i wyszedł z łazienki. Zostawiając go samego. Po chwili wyszedł i gdy mnie zobaczył od razu poprawił swoją koszulę i puścił mi oczko. Zignorowałam go i zobaczyłam do środka co takiego zrobił zacny Pan Marcel Styles. I to co zobaczyłam zszokowało mnie. Czarnym markerem na lustrze był napisane różne niecenzuralne napisy jak i rysunki. Tylko po co on to zrobił? Muszę się dowiedzieć o co chodziło.
- No to co jutro impreza? – Zapytał Mark. Nasza paczka zawsze w piątki gdzieś idzie. A to do kina, a to na imprezę czy inne formy rozrywki.
- Ja odpadam. – Powiedziałam z smutkiem.
- Co czemu? – Spytał z dziwieniem, a ja popatrzyłam się na niego dwuznaczną miną. – A no tak zapomniałem. – Przyznał.
- A nie możesz posiedzieć godzinkę a potem się zerwać? – Spytał Paul.
- Uwierz mi, że bym chciałam ale ostatnio skończyło się to tygodniową kozą a wolę iść raz i odbębnić to i mieć już z głowy. – Wyznałam. –Dobra wiecie co ja już idę do domu, głowa mnie trochę boli. – Skłamałam.
- Dobra to idź i się połóż. – Powiedziała (i.t.p.), przytuliła mnie na pożegnanie.
- Do jutra. – Powiedziałam i zaczęłam się kierować w stronę mojego domu. Droga nie zajęła mi długo. Weszłam do środka i od razu ściągnęłam buty i pobiegłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko, chwytając w ręce laptopa, odpaliłam go i od razu weszłam na czat. Wpisałam Marcel Styles i gdy go znalazłam od razu wysłałam mu zaproszenie do znajomych. Odłożyłam laptopa na łóżko i udałam się do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki naleśniki. Podsmażyłam je i od razu po posmarowaniu farszem zjadłam. Pozmywałam po sobie i z powrotem udałam się do mojego pokoju. Pojrzałam na monitor laptopa. Jedno powiadomienie z czatu. „Marcel Styles odpowiedział na twoje zaproszenie. Jesteście teraz znajomymi.” Szybko na niego weszłam i napisałam do niego.
Do: Hej ;)
Od: Cześć, co się stało, że do mnie napisałaś?
Do: Co się stało, że zrobiłeś to w łazience?
Od: Ja zapytałem się pierwszy ;P
Do: Chciałam znać odpowiedź na to pytanie. Więc jak?
Od: Dowiesz się jutro……
I się wyłączył. Co mu odbija? Najpierw to na lekcji, potem ta akcja w toalecie a teraz to? Kiedyś była plotka, że się we mnie kochał, ale ja nic z tym nie zrobiłam. Może teraz się na mnie mści? Nie to do niego nie podobne. Zawsze taki ułożony. Włosy idealnie uczesane do tyłu. Garniturowe spodnie wysoko podciągnięte. Nieskazitelna koszula, zapięta na wszystkie guziki a na to sweter. A na nosie grube okulary zaklejone na środku taśmą klejącą. I on miał się mścić. No cóż nie dowiem się tego teraz. Muszę wytrzymać do jutra.
#56 Harry Styles
Brak słów jest po prostu... idealny *-*
---------------------------------------------
Login.....Hasło....zaloguj.... Wykonywałam kolejne czynności, by po chwili już w pełni móc korzystać z serwisu Skype. I zbytnio nie przyglądając się kto jest dostępny a kto nie. Kliknęłam na ikonki wyszukiwarki internetowej. Nie minęła chwila a na środku ekranu pojawił się komunikat, że dzwoni do mnie Czerwony Pingwin. Zaśmiałam się na widok tej nazwy. No tak przecież Harry Styles nie może mieć normalnej nazwy bo było by duże prawdopodobieństwo, że fanki znalazły by jego konto i chyba każdy może sobie wyobrazić co by było. Przycisnęłam zieloną słuchawkę i od razu na całym ekranie pojawiła się uśmiechnięta twarz loczka.Mój wzrok powędrował na okienko gdzie widać obraz z kamerki jaki się wyświetla u bruneta. Moja postać a za mną ściana pełna plakatów z One Direction a na samym środku wielki Harry Styles. O nie! Szybko zamknęłam laptopa i biorąc go na ręce, nerwowo rozglądałam się za odpowiednim miejscem. Tu nie, tam też.... łóżko! Szybko siadłam na łóżku i otworzyłam laptopa. Oby nic wcześniej nie zauważył.
- Ej słońce co się stało? - Spytał z zaciekawieniem w głosie. NO przecież nie mogę go okłamać. Muszę szybko coś wymyślić.
- A co Pan Styles nie wie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? - Wypaliłam.
- A Pani Styles nie domyśliła się, że Pan Styles może się o nią martwić?
- Wiesz zabrzmiało to tak ja byśmy byli małżeństwem. - Powiedziałam by choć trochę rozładować to na pozór sztywną sytuację, która moim zdaniem się między nami wytworzyła.
- No kto wie, kto wie, za jakiś okres czasu taka wymiana zdań może być na porządku dziennym. Ja Pan Styles, a ty Pani. - Powiedział i zaczął śmiesznie ruszać brwiami, co wywołało u mnie niepohamowany napad śmiechu.
- No to musimy już chyba kończyć.- Powiedziałam niechętnie po prawi czterogodzinnej rozmowie z brunetem.
- No ale kochanie jest dopiero po północy. - Zamarudził.
- No u Ciebie tak a u mnie jest po pierwszej w nocy. U mnie w domu już wszyscy śpią.
- No to do zobaczenia mam nadzieje. - Powiedział smutno. I już zobaczyłam jak jego ręka miała przycisnąć klawisz myszki zawołałam.
- Harry!
- Tak? - Odpowiedział z nadzieją.
- Kocham Cię, Hazziątko.
- Ej, przecież wiesz, że nie lubię jak tak do mnie mówisz. - Powiedział oburzony, lecz po chwili dodał. - Ja Ciebie też myszko. - Posłałam mu całusa i rozłączyłam naszą rozmowę. Bezwładnie opadłam na łózko.
- Jaką ja jestem idiotką. - Powiedziałam sama do siebie. Przecież dobrze wiedziałam, że za mną są te plakaty. Co on by sobie o mnie pomyślał jak by zobaczył, że ja nadal na ścianach mam te plakaty? Wolę nawet nie myśleć. Jutro je ściągnę, a jak na razie potrzebuję dużej dawki snu.
"Oczami Harry'ego"
Nie rozmawiam z nią około pięciu minut a moje serce już odczuwa tęsknotę za moją ukochaną. Dlaczego ja właściwie z nią nie pojechałem? No właśnie, nic nie stoi na przeszkodzie bym do niej pojechał. Szybko otworzyłem wyszukiwarkę z celem wykupienia sobie biletu do Polski. Heh....(t.i.) pojechała tylko na tydzień odwiedzić swoich rodziców a ja nie mogę bez niej wytrzymać. Zrobiłem to co miałem zrobić w internecie, po czym wstałem i wrzuciłem do torby kilka najpotrzebniejszych rzeczy. I nastawiając budzik w telefonie położyłem się do łózka. Muszę mieć siłę na ta podróż. Byłem trochę zmęczony więc od razu zasnąłem.
Obudziło mnie przeraźliwie pikanie. Szybko wyłączyłem budzi i zerwałem się z łózka. Wykonałem poranną toaletę i zbiegłem po schodach na dół, trzymając w rękę torbę. Wbiegłem do kuchni i chwytając w rękę jabłko i butelkę wody udałem się w stronę samochodu........
- Dziękuję Panu. - Powiedziałem do około dwadzieścia lat starszego ode mnie faceta. - Do widzenia. - Powiedziałem i zatrzasnąłem drzwi. Odwróciłem się na pięcie i dostrzegłem rodzinny dom mojej ukochanej. Żwawym krokiem podszedłem do drzwi i energicznym ruchem ręki zapukałem do drzwi. Nie musiałem długo czekać gdyż w drzwiach od razu pojawiła się mama (t.i.).
- Witaj Harry. - Powiedziała wesoło i od razu zamknęła mnie w uścisku. - (t.i.) nic mi nie mówiła, że przyjedziesz. - Powiedziała na co się zaśmiałem.
- Ona nic nie wie o moim przyjeździe. - Powiedziałem ściągając moje obuwie.
- A to w takim razie proszę idź i ją obudź bo jeszcze śpi po waszej ostatniej pogawędce. - Popatrzyła się na mnie znaczącym wzrokiem. Ja tylko spuściłem głowę i mijając ją wyszeptałem ciche "Przepraszam". I szybkim krokiem udałem się do jej pokoju. Jakoś się tak złożyło, że ilekroć byłem w ty, domu to nigdy nie byłem w jej pokoju. Chodź doskonale wiem, które drzwi do niego prowadzą. Otworzyłem je i zobaczyłem mój największy skarb śpiącą na wielkim dwuosobowym łóżku. Podszedłem do niej i delikatnie zacząłem ją wybudzać.
"Twoimi Oczami"
Poczułam delikatne potrząsanie moim ciałem. Otworzyłam oczy i zobaczyłam uśmiechnięty wyraz twarzy mojego ukochanego.
- Harry! - Pisnęłam radośnie i rzucając mu się na szyję musnęłam jego miękkie usta. - Co ty tu robisz? - Spytałam po tym jak moje emocje troszkę opadły.
- A już nie mogę przyjechać do mojej dziewczyny, gdy za nią zatęsknię? - Spytał po czym złączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Delikatnie przechylił nasze ciała w prawą stronę w sposób czego oboje opadliśmy na łóżko. Gdy nasze usta zaczęły się od siebie odłączać, mocno wtuliłam się w jego tors.
- Masz śliczny pokój. - Usłyszałam po chwili głos Harry'ego nad moim uchem.
- O nie! - Powiedziałam i odsuwając się do chłopaka schowałam głowę w swoich dłoniach.
- Co się stało? - Spytał z przejęciem w głosie.
- Zobaczyłeś te wszystkie kompromitujące plakaty. - Powiedziałam i poczułam jak po moich policzkach spływa słona ciecz.
- Ej, skarbie! - Powiedział i podniósł swoimi dłońmi moją głowę tak, że nasze oczy stukały się na tej samej lini wzroku.
- To jest powód do płaczu? - Spytał, po czym swoimi palcami zaczął wycierać moje łzy.
- Tak, no bo co ty możesz sobie teraz o mnie pomyśleć, że co jestem z toba a nadal mam twoje plakaty na ścianach?- Mój płacz się nasilał.
- Wiesz co mógłbym sobie o tobie pomyśleć? Że jesteś idealna dla mnie. Nigdy nie ukrywałaś tego, ze byłaś i nadal jesteś Directionerką. I mimo tego, że jesteśmy parą nie zmieniłaś o nas zdania. Dalej kochasz One Direction i to się nie zmieni. I ja mogę tylko być dumny z tego, że mimo to co razem z nami przeszłaś i widziałaś te nasze kłótnie, sprzeczki i inne dalej w nas wierzysz. A te plakaty czy inne tego typu rzeczy mogą mnie tylko przekonać, ze dobrze wybrałem zakochując się w tobie. Mojej, naszej właściwie największej Directionerki. - Powiedział prawie na jednym wdechu. To co powiedział było piękne. Moje łzy w tym momencie to już nie są łzy smutku tyle szczęścia, że mam przy sobie chłopaka, który kocha mnie bezgranicznie i jest dumny z tego, że jestem ich fanką.
---------------------------------------------
Login.....Hasło....zaloguj.... Wykonywałam kolejne czynności, by po chwili już w pełni móc korzystać z serwisu Skype. I zbytnio nie przyglądając się kto jest dostępny a kto nie. Kliknęłam na ikonki wyszukiwarki internetowej. Nie minęła chwila a na środku ekranu pojawił się komunikat, że dzwoni do mnie Czerwony Pingwin. Zaśmiałam się na widok tej nazwy. No tak przecież Harry Styles nie może mieć normalnej nazwy bo było by duże prawdopodobieństwo, że fanki znalazły by jego konto i chyba każdy może sobie wyobrazić co by było. Przycisnęłam zieloną słuchawkę i od razu na całym ekranie pojawiła się uśmiechnięta twarz loczka.Mój wzrok powędrował na okienko gdzie widać obraz z kamerki jaki się wyświetla u bruneta. Moja postać a za mną ściana pełna plakatów z One Direction a na samym środku wielki Harry Styles. O nie! Szybko zamknęłam laptopa i biorąc go na ręce, nerwowo rozglądałam się za odpowiednim miejscem. Tu nie, tam też.... łóżko! Szybko siadłam na łóżku i otworzyłam laptopa. Oby nic wcześniej nie zauważył.
- Ej słońce co się stało? - Spytał z zaciekawieniem w głosie. NO przecież nie mogę go okłamać. Muszę szybko coś wymyślić.
- A co Pan Styles nie wie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? - Wypaliłam.
- A Pani Styles nie domyśliła się, że Pan Styles może się o nią martwić?
- Wiesz zabrzmiało to tak ja byśmy byli małżeństwem. - Powiedziałam by choć trochę rozładować to na pozór sztywną sytuację, która moim zdaniem się między nami wytworzyła.
- No kto wie, kto wie, za jakiś okres czasu taka wymiana zdań może być na porządku dziennym. Ja Pan Styles, a ty Pani. - Powiedział i zaczął śmiesznie ruszać brwiami, co wywołało u mnie niepohamowany napad śmiechu.
- No to musimy już chyba kończyć.- Powiedziałam niechętnie po prawi czterogodzinnej rozmowie z brunetem.
- No ale kochanie jest dopiero po północy. - Zamarudził.
- No u Ciebie tak a u mnie jest po pierwszej w nocy. U mnie w domu już wszyscy śpią.
- No to do zobaczenia mam nadzieje. - Powiedział smutno. I już zobaczyłam jak jego ręka miała przycisnąć klawisz myszki zawołałam.
- Harry!
- Tak? - Odpowiedział z nadzieją.
- Kocham Cię, Hazziątko.
- Ej, przecież wiesz, że nie lubię jak tak do mnie mówisz. - Powiedział oburzony, lecz po chwili dodał. - Ja Ciebie też myszko. - Posłałam mu całusa i rozłączyłam naszą rozmowę. Bezwładnie opadłam na łózko.
- Jaką ja jestem idiotką. - Powiedziałam sama do siebie. Przecież dobrze wiedziałam, że za mną są te plakaty. Co on by sobie o mnie pomyślał jak by zobaczył, że ja nadal na ścianach mam te plakaty? Wolę nawet nie myśleć. Jutro je ściągnę, a jak na razie potrzebuję dużej dawki snu.
"Oczami Harry'ego"
Nie rozmawiam z nią około pięciu minut a moje serce już odczuwa tęsknotę za moją ukochaną. Dlaczego ja właściwie z nią nie pojechałem? No właśnie, nic nie stoi na przeszkodzie bym do niej pojechał. Szybko otworzyłem wyszukiwarkę z celem wykupienia sobie biletu do Polski. Heh....(t.i.) pojechała tylko na tydzień odwiedzić swoich rodziców a ja nie mogę bez niej wytrzymać. Zrobiłem to co miałem zrobić w internecie, po czym wstałem i wrzuciłem do torby kilka najpotrzebniejszych rzeczy. I nastawiając budzik w telefonie położyłem się do łózka. Muszę mieć siłę na ta podróż. Byłem trochę zmęczony więc od razu zasnąłem.
Obudziło mnie przeraźliwie pikanie. Szybko wyłączyłem budzi i zerwałem się z łózka. Wykonałem poranną toaletę i zbiegłem po schodach na dół, trzymając w rękę torbę. Wbiegłem do kuchni i chwytając w rękę jabłko i butelkę wody udałem się w stronę samochodu........
- Dziękuję Panu. - Powiedziałem do około dwadzieścia lat starszego ode mnie faceta. - Do widzenia. - Powiedziałem i zatrzasnąłem drzwi. Odwróciłem się na pięcie i dostrzegłem rodzinny dom mojej ukochanej. Żwawym krokiem podszedłem do drzwi i energicznym ruchem ręki zapukałem do drzwi. Nie musiałem długo czekać gdyż w drzwiach od razu pojawiła się mama (t.i.).
- Witaj Harry. - Powiedziała wesoło i od razu zamknęła mnie w uścisku. - (t.i.) nic mi nie mówiła, że przyjedziesz. - Powiedziała na co się zaśmiałem.
- Ona nic nie wie o moim przyjeździe. - Powiedziałem ściągając moje obuwie.
- A to w takim razie proszę idź i ją obudź bo jeszcze śpi po waszej ostatniej pogawędce. - Popatrzyła się na mnie znaczącym wzrokiem. Ja tylko spuściłem głowę i mijając ją wyszeptałem ciche "Przepraszam". I szybkim krokiem udałem się do jej pokoju. Jakoś się tak złożyło, że ilekroć byłem w ty, domu to nigdy nie byłem w jej pokoju. Chodź doskonale wiem, które drzwi do niego prowadzą. Otworzyłem je i zobaczyłem mój największy skarb śpiącą na wielkim dwuosobowym łóżku. Podszedłem do niej i delikatnie zacząłem ją wybudzać.
"Twoimi Oczami"
Poczułam delikatne potrząsanie moim ciałem. Otworzyłam oczy i zobaczyłam uśmiechnięty wyraz twarzy mojego ukochanego.
- Harry! - Pisnęłam radośnie i rzucając mu się na szyję musnęłam jego miękkie usta. - Co ty tu robisz? - Spytałam po tym jak moje emocje troszkę opadły.
- A już nie mogę przyjechać do mojej dziewczyny, gdy za nią zatęsknię? - Spytał po czym złączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Delikatnie przechylił nasze ciała w prawą stronę w sposób czego oboje opadliśmy na łóżko. Gdy nasze usta zaczęły się od siebie odłączać, mocno wtuliłam się w jego tors.
- Masz śliczny pokój. - Usłyszałam po chwili głos Harry'ego nad moim uchem.
- O nie! - Powiedziałam i odsuwając się do chłopaka schowałam głowę w swoich dłoniach.
- Co się stało? - Spytał z przejęciem w głosie.
- Zobaczyłeś te wszystkie kompromitujące plakaty. - Powiedziałam i poczułam jak po moich policzkach spływa słona ciecz.
- Ej, skarbie! - Powiedział i podniósł swoimi dłońmi moją głowę tak, że nasze oczy stukały się na tej samej lini wzroku.
- To jest powód do płaczu? - Spytał, po czym swoimi palcami zaczął wycierać moje łzy.
- Tak, no bo co ty możesz sobie teraz o mnie pomyśleć, że co jestem z toba a nadal mam twoje plakaty na ścianach?- Mój płacz się nasilał.
- Wiesz co mógłbym sobie o tobie pomyśleć? Że jesteś idealna dla mnie. Nigdy nie ukrywałaś tego, ze byłaś i nadal jesteś Directionerką. I mimo tego, że jesteśmy parą nie zmieniłaś o nas zdania. Dalej kochasz One Direction i to się nie zmieni. I ja mogę tylko być dumny z tego, że mimo to co razem z nami przeszłaś i widziałaś te nasze kłótnie, sprzeczki i inne dalej w nas wierzysz. A te plakaty czy inne tego typu rzeczy mogą mnie tylko przekonać, ze dobrze wybrałem zakochując się w tobie. Mojej, naszej właściwie największej Directionerki. - Powiedział prawie na jednym wdechu. To co powiedział było piękne. Moje łzy w tym momencie to już nie są łzy smutku tyle szczęścia, że mam przy sobie chłopaka, który kocha mnie bezgranicznie i jest dumny z tego, że jestem ich fanką.
czwartek, 5 września 2013
#55 Niall Horan +18
Z serii: "Najdziwniejsze imaginy"
Czytasz = komentujesz (np. jaki mam wstawić następny imagin)
------------------------------------
Był ciepły, letni wieczór, postanowiłaś wybrać się z przyjaciółmi nad jezioro pod namioty i na ognisko. Zebrałaś się około 19, bylo jasno, ponieważ jest ciepły lipiec. Ubrałaś się w cieńką, niebieską koszulkę na ramiączach, krótkie, czerwone szorty i białe trampki. Szybko spakowałaś do torebki telefon, portfel, klucze do domu i aparat. Miałaś przed sobą długą drogę, więc pojechałaś rowerem, dojechałaś na miejsce o 20. Namioty były poustawiane, ławki porozstawiane, ognisko płonęło, a gości nie było zbyt wiele - Może to i lepiej - powiedziałaś sobie w myślach. Za chwilę przyszedł twój kolega wraz z nowym kumplem - był to Niall, niebieskooki blondyn, pochodzący z Irlandii i kochający jedzenie. Był bardzo wysportowany, umiał śpiewać i grać na gitarze. - Pewnie ma dziewczynę - pomyślałaś - nie będę do niego lepiej zarywać, co jak okaże się jakimś frajerem? Ech, można spróbować, ale niech on zrobi pierwszy ruch - usiadłaś koło blondyna.
-Niall, zagrasz nam coś na gitarze? - spytała jedna z Twoich przyjaciółek.
-Bardzo chętnie, dajcie mi tylko gitarę. - uśmiechnął się.
-Proszę - i podałaś mu instrument.
-Dziękuję - uśmiechnął się tymi swoimi pięknymi ustami, co Cię oczarowało.
-To co nam zagrasz? - zapytałaś. - może 'I'm Yours' ?
-Dobrze, znam ją na pamięć. - Niall zagrał całą piosenkę, po czym usiadł obok Ciebie.
-Zaraz wracam, muszę zadzwonić do brata, bo ma dziś urodziny. - powiedziałaś i wyszłaś w ciemny las. Blondyn wkręcił innych, że musi na chwilę wszystkich opuścić. Nie poszedł tak zwyczajnie, udał się do Ciebie. Zakończyłaś rozmowę z bratem, po czym poczułaś czyjeś ręce na Twoich biodrach. Serce zapulsowało Ci ze strachu, że o mało nie zemdlałaś.
-Huh! - pisnęłaś cichutko pod nosem. - Kim jesteś?
-Uspokój się [T.I.] to ja, Niall.
-Po co tu jesteś? Chciałeś mnie wystraszyć? To powiem Ci, że to był kiepski żart z Twojej strony.
-Przepraszam Cię, kotku.- powiedział romantycznie Horan.
-Kotku? Z jakiej racji? - powiedziałaś z nutką sarkazmu.
-Podobasz mi się mała, jesteś moim obiektem i mam na Ciebie ochotę, skarbie. - odpowiedział Nialler.
-Mhmm... Więc tak mówisz? - powiedziałaś z uśmiechem na twarzy.
-Tak skarbie, mam na Ciebie mega chrapkę, kocie. - mówił Niall.
Serce łomotało Ci jak szalone, nie wiedziałaś co zrobić, więc uległaś pokusie Nialla.
-Jedziemy do mnie, skarbie? - spytał Niall jeżdżąc rękami po Twoim ciele w górę i w dół, od czasu do czasu mocniej ściskając Cię dłońmi.
-Masz samochód? - zapytałaś.
-Mam, chodź, daj mi rękę. Jedziemy, nie będziemy się tu tak rozgadywać, tymbardziej, że pieprzone komary są wszędzie.
-Dobrze panie Horan, jak pan sobie życzy.
-Cieszę się, że się ze mną zgadzasz, kochanie. - oznajmił Niall. Zaprowadził Cię do jego auta, otworzył drzwi i kazał usiąść. Odpalił auto i pojechaliście niedaleko stąd. Wysiedliście przy domu Niallera. Horan kazał iść Ci do jego sypialni, która była tuż na przeciwko wejścia. Było już późno, mianowicie około 1 w nocy.
-Połóż się na łóżku skarbie, ja zaraz przyjdę. - Niall powiedział. Nie zdążyłaś wejść pod kołdrę, a blondyn zrzucił z Ciebie bluzkę za jesnym razem.
-Panie Horan, jest pan pewny? Nie jestem na to jeszcze gotowa.
-Jesteś skarbie, czuję to.
Niall był bardzo chętny na Ciebie, kazał Ci usiąść jemu na kolana, twarzą do niego, był w samych bokserkach i nie wytrzymywał napięcia sytuacji. Czułaś przez bieliznę, że Niallowi zrobiło się gorąco.
-Niall, wszystko w porządku? - zaczęłaś ruszać biodrami po jego koledze.
-O jeju, nawet nie wiesz jak. Proszę, chodź już na łóżko. - powiedział. Rzucił Cię na łóżko jakby chciał Cię schrupać. Byłaś podnim, więc byłaś całkowicie bezbronna, zaczął zdejmować z Ciebie stanik, dotykać Cię po dekolcie i piersiach. Twój stanik wylądował gdzieś na ciemnej podłodzę.
-Niall! Spokojnie - pisnęłaś. - mówiłam Ci j... - nie dokończyłaś, bo blondyn wsadził Ci język w usta i zaczął namiętnie całować. Nie przestając zdjął Twoją bieliznę, nie miałaś na sobie już nic. Niall zrzucił w sekundę swoje bokserki i zaczął całować Cię po każdym fragmencie ciała. Od ust, przez szyję i brzuch, do bioder i w czułe miejsce. Nie pieścił się z Tobą zbyt długo. Chamsko i mocno w Ciebie wszedł, krzyknęłaś bardzo głośno:
-NIALL! ACHH!...
-Cii, nie tak głośno.
-Proszę, to b... - nie dokonczyłaś, bo zaczął kolejny raz Cię całować, poruszał się w Tobie w przód i w tył, bardzo powoli.
-Już Ci lepiej? - spytał z zadziornym uśmiechem.
-Tak, panie Horan. TAK! - jęczałaś Niallowi. Zaczął przyspieszać i zwalniać, tak kilka razy, byliście już bardzo blisko, Niall zatrzymał się na chwilę, by zbyt szybko się to nie skończyło. Zamieniliście się rolami, ty byłaś na górze, on na dole. Chwilę siedziałaś na jego koledzę, gdy Niall znów mocno w Ciebie wszedł.
-NIAAAL!!! - krzyczałaś. Bolało Cię to, ale i sprawiało przyjemność.
-Poruszaj się w górę i dół. - mówił blondyn.
-Acchhh! Nie mog... - I Niall zrobił to za Ciebie.
-Bądź cicho. Próbuj. Mmm... - mruczał chłopak.
Wzdychaliście i sapaliście głośno, Niall postanowił 'wziąć Cię od tyłu' co zabolało jeszcze bardziej, ale strasznie Ci się to podobało.
-Tak! Niall! Tak! - wykrzykiwałaś jego imię. Niall był brutalny, robił to jak najszybciej mógł, wasze ciała się zderzały bardzo silnie, Niall ściskał twoje biodra, byliście strasznie blisko, chłopak przyspieszył do końca. Udało wam się dojść równo. Chłopak położył się obok Ciebie, obrócił Cię tyłem do niego, dotykał twoich bioder i ust delikatnie palcami. Poczułaś, że nie ma jeszcze dosyć. Siadłaś na niego okrakiem i poruszała się w przód i w tył, do góry i do dołu. Chłopak sapał z zadowolenia i wymawiał Twoje imię.
-[T.I.]! [T.I.]! Mmm... Achh... - wzdychał co chwilę. Wiedziałaś, że mu to wcale nie przeszkadzało, przyspieszałaś.
-Już, [T.I.] wystarczy, b... aaachhhhh...! - powiedział Niall. Położyłaś się koło niego i zaczęliście się namiętnie całować.
-O matko. [T.I.], kocham Cię i nigdy Cię nie zostawię.<3 ♥
-Ja Ciebie też, Niall. ♥
Poszliście spać około 3. Wstalicie rano, leżeliście twarzą w twarz, otworzyliście oczy w tym samym momencie. Patrzyłaś w głębie niebieskich oczu Nialla i uśmiechałaś się. Horan zaczął Cię całować, bardzo chamsko (po francusku). Ubralicie się, wymieniliście się numerami telefonu i Niall odwiózł Cię do domu, całując na dowidzenia.
Spotykaliście się dzień w dzień, zostaliście parą, w krótce Niall oświadczył Ci się, byłaś już [T.I.] Horan, a nie [T.I.] [T.N.].
Czytasz = komentujesz (np. jaki mam wstawić następny imagin)
------------------------------------
Był ciepły, letni wieczór, postanowiłaś wybrać się z przyjaciółmi nad jezioro pod namioty i na ognisko. Zebrałaś się około 19, bylo jasno, ponieważ jest ciepły lipiec. Ubrałaś się w cieńką, niebieską koszulkę na ramiączach, krótkie, czerwone szorty i białe trampki. Szybko spakowałaś do torebki telefon, portfel, klucze do domu i aparat. Miałaś przed sobą długą drogę, więc pojechałaś rowerem, dojechałaś na miejsce o 20. Namioty były poustawiane, ławki porozstawiane, ognisko płonęło, a gości nie było zbyt wiele - Może to i lepiej - powiedziałaś sobie w myślach. Za chwilę przyszedł twój kolega wraz z nowym kumplem - był to Niall, niebieskooki blondyn, pochodzący z Irlandii i kochający jedzenie. Był bardzo wysportowany, umiał śpiewać i grać na gitarze. - Pewnie ma dziewczynę - pomyślałaś - nie będę do niego lepiej zarywać, co jak okaże się jakimś frajerem? Ech, można spróbować, ale niech on zrobi pierwszy ruch - usiadłaś koło blondyna.
-Niall, zagrasz nam coś na gitarze? - spytała jedna z Twoich przyjaciółek.
-Bardzo chętnie, dajcie mi tylko gitarę. - uśmiechnął się.
-Proszę - i podałaś mu instrument.
-Dziękuję - uśmiechnął się tymi swoimi pięknymi ustami, co Cię oczarowało.
-To co nam zagrasz? - zapytałaś. - może 'I'm Yours' ?
-Dobrze, znam ją na pamięć. - Niall zagrał całą piosenkę, po czym usiadł obok Ciebie.
-Zaraz wracam, muszę zadzwonić do brata, bo ma dziś urodziny. - powiedziałaś i wyszłaś w ciemny las. Blondyn wkręcił innych, że musi na chwilę wszystkich opuścić. Nie poszedł tak zwyczajnie, udał się do Ciebie. Zakończyłaś rozmowę z bratem, po czym poczułaś czyjeś ręce na Twoich biodrach. Serce zapulsowało Ci ze strachu, że o mało nie zemdlałaś.
-Huh! - pisnęłaś cichutko pod nosem. - Kim jesteś?
-Uspokój się [T.I.] to ja, Niall.
-Po co tu jesteś? Chciałeś mnie wystraszyć? To powiem Ci, że to był kiepski żart z Twojej strony.
-Przepraszam Cię, kotku.- powiedział romantycznie Horan.
-Kotku? Z jakiej racji? - powiedziałaś z nutką sarkazmu.
-Podobasz mi się mała, jesteś moim obiektem i mam na Ciebie ochotę, skarbie. - odpowiedział Nialler.
-Mhmm... Więc tak mówisz? - powiedziałaś z uśmiechem na twarzy.
-Tak skarbie, mam na Ciebie mega chrapkę, kocie. - mówił Niall.
Serce łomotało Ci jak szalone, nie wiedziałaś co zrobić, więc uległaś pokusie Nialla.
-Jedziemy do mnie, skarbie? - spytał Niall jeżdżąc rękami po Twoim ciele w górę i w dół, od czasu do czasu mocniej ściskając Cię dłońmi.
-Masz samochód? - zapytałaś.
-Mam, chodź, daj mi rękę. Jedziemy, nie będziemy się tu tak rozgadywać, tymbardziej, że pieprzone komary są wszędzie.
-Dobrze panie Horan, jak pan sobie życzy.
-Cieszę się, że się ze mną zgadzasz, kochanie. - oznajmił Niall. Zaprowadził Cię do jego auta, otworzył drzwi i kazał usiąść. Odpalił auto i pojechaliście niedaleko stąd. Wysiedliście przy domu Niallera. Horan kazał iść Ci do jego sypialni, która była tuż na przeciwko wejścia. Było już późno, mianowicie około 1 w nocy.
-Połóż się na łóżku skarbie, ja zaraz przyjdę. - Niall powiedział. Nie zdążyłaś wejść pod kołdrę, a blondyn zrzucił z Ciebie bluzkę za jesnym razem.
-Panie Horan, jest pan pewny? Nie jestem na to jeszcze gotowa.
-Jesteś skarbie, czuję to.
Niall był bardzo chętny na Ciebie, kazał Ci usiąść jemu na kolana, twarzą do niego, był w samych bokserkach i nie wytrzymywał napięcia sytuacji. Czułaś przez bieliznę, że Niallowi zrobiło się gorąco.
-Niall, wszystko w porządku? - zaczęłaś ruszać biodrami po jego koledze.
-O jeju, nawet nie wiesz jak. Proszę, chodź już na łóżko. - powiedział. Rzucił Cię na łóżko jakby chciał Cię schrupać. Byłaś podnim, więc byłaś całkowicie bezbronna, zaczął zdejmować z Ciebie stanik, dotykać Cię po dekolcie i piersiach. Twój stanik wylądował gdzieś na ciemnej podłodzę.
-Niall! Spokojnie - pisnęłaś. - mówiłam Ci j... - nie dokończyłaś, bo blondyn wsadził Ci język w usta i zaczął namiętnie całować. Nie przestając zdjął Twoją bieliznę, nie miałaś na sobie już nic. Niall zrzucił w sekundę swoje bokserki i zaczął całować Cię po każdym fragmencie ciała. Od ust, przez szyję i brzuch, do bioder i w czułe miejsce. Nie pieścił się z Tobą zbyt długo. Chamsko i mocno w Ciebie wszedł, krzyknęłaś bardzo głośno:
-NIALL! ACHH!...
-Cii, nie tak głośno.
-Proszę, to b... - nie dokonczyłaś, bo zaczął kolejny raz Cię całować, poruszał się w Tobie w przód i w tył, bardzo powoli.
-Już Ci lepiej? - spytał z zadziornym uśmiechem.
-Tak, panie Horan. TAK! - jęczałaś Niallowi. Zaczął przyspieszać i zwalniać, tak kilka razy, byliście już bardzo blisko, Niall zatrzymał się na chwilę, by zbyt szybko się to nie skończyło. Zamieniliście się rolami, ty byłaś na górze, on na dole. Chwilę siedziałaś na jego koledzę, gdy Niall znów mocno w Ciebie wszedł.
-NIAAAL!!! - krzyczałaś. Bolało Cię to, ale i sprawiało przyjemność.
-Poruszaj się w górę i dół. - mówił blondyn.
-Acchhh! Nie mog... - I Niall zrobił to za Ciebie.
-Bądź cicho. Próbuj. Mmm... - mruczał chłopak.
Wzdychaliście i sapaliście głośno, Niall postanowił 'wziąć Cię od tyłu' co zabolało jeszcze bardziej, ale strasznie Ci się to podobało.
-Tak! Niall! Tak! - wykrzykiwałaś jego imię. Niall był brutalny, robił to jak najszybciej mógł, wasze ciała się zderzały bardzo silnie, Niall ściskał twoje biodra, byliście strasznie blisko, chłopak przyspieszył do końca. Udało wam się dojść równo. Chłopak położył się obok Ciebie, obrócił Cię tyłem do niego, dotykał twoich bioder i ust delikatnie palcami. Poczułaś, że nie ma jeszcze dosyć. Siadłaś na niego okrakiem i poruszała się w przód i w tył, do góry i do dołu. Chłopak sapał z zadowolenia i wymawiał Twoje imię.
-[T.I.]! [T.I.]! Mmm... Achh... - wzdychał co chwilę. Wiedziałaś, że mu to wcale nie przeszkadzało, przyspieszałaś.
-Już, [T.I.] wystarczy, b... aaachhhhh...! - powiedział Niall. Położyłaś się koło niego i zaczęliście się namiętnie całować.
-O matko. [T.I.], kocham Cię i nigdy Cię nie zostawię.<3 ♥
-Ja Ciebie też, Niall. ♥
Poszliście spać około 3. Wstalicie rano, leżeliście twarzą w twarz, otworzyliście oczy w tym samym momencie. Patrzyłaś w głębie niebieskich oczu Nialla i uśmiechałaś się. Horan zaczął Cię całować, bardzo chamsko (po francusku). Ubralicie się, wymieniliście się numerami telefonu i Niall odwiózł Cię do domu, całując na dowidzenia.
Spotykaliście się dzień w dzień, zostaliście parą, w krótce Niall oświadczył Ci się, byłaś już [T.I.] Horan, a nie [T.I.] [T.N.].
#54 Louis Tomlinson
Ja wcale nie płaczę ;_; To takie smutne...
-----------------------------------------------
Dzień jak co dzień, wszystko zapowiadało się bardzo ciekawie,dzisiaj wieczorem masz zamiar wyjść z przyjaciółkami do klubu,gdzie jest organizowana mała impreza z okazji twoich urodzin,to już 19 lat. Niby młody wiek,ale ty czujesz się wyjątkowo staro,może dlatego,że taka się sobie wydawałaś.
Szykowałaś właśnie wszystkie ubrania na wyjście,chciałaś wyglądać jak najlepiej. Od dłuższego czasu jesteś sama,chłopak cię zostawił i wyjechał za granicę co nie do końca ci pasowało,no,ale skoro taka była jego decyzja i postanowił cię zostawić zupełnie samą nawet bez najmniejszego pożegnania,bez zwykłego 'cześć' to mówi się trudno. Twoje przyjaciółki zawsze cię we wszystkim wspierały i to dzięki nim dałaś sobie radę ze wszystkim.
Nie wiedziałaś co możesz założyć na taką okazję jak dzisiaj,nigdy nie ubierałaś się jakoś wyjątkowo stylowo czy na czasie,ale skoro idziesz razem z przyjaciółkami, a one na pewno będą całe odpicowane ty też musisz ubrać coś w miarę stosownego.
Po dość długim szykowaniu się na przyjęcie opuściłaś progi swojego domu, z przyjaciółkami miałaś spotkać się już na miejscu, a,że zazwyczaj się spóźniają musiałaś poczekać na nie kolejne 20 minut,co oczywiście tobie nie przeszkadzało. Czekałaś nerwowo wystukując rytm swoim obcasem w szpilkach i rozglądając się.
Była 23,no nic dziwnego ludzi przybywało i patrzyło się na ciebie trochę dziwnie,jednak twój wzrok przykuł się do chłopaka,bruneta,takiego jeszcze nigdy wcześniej tutaj nie wiedziałaś,chociaż i tak wydawał się znajomy,spostrzegł się,że na niego patrzysz i obdarzył cię ciepłym uśmiechem na który oczywiście odpowiedziałaś też się uśmiechając,widziałaś jak wchodzi do klubu ze swoimi kolegami,potem straciłaś go z pola widzenia
-Ej!-usłyszałaś pisk w uchu,złapałaś się za nie i odwróciłaś,zobaczyłaś swoje przyjaciółki,uśmiechnęły się szeroko
-Nie musicie krzyczeć do mojego ucha-powiedziałaś zezłoszczona,nienawidziłaś kiedy te zachowywały się tak dziecinnie.
-No ok,przepraszamy,wchodzimy do klubu? Zaraz będzie pełno ludzi i nie uda nam się przecisnąć-zaproponowała jedna,bez zastanowienia zgodziłaś się i razem weszłyście do środka.
Dziewczyny się nie myliły,było pełno ludzi,jednak po wypiciu paru szklanek napoju z procentami impreza dziwnie się rozluźniła,poczułaś się o wiele bardziej pewnie.
To znowu on - pomyślałaś kiedy zobaczyłaś jak tajemniczy brunet przygląda się tobie dokładnie i uśmiecha,podeszłam równie uśmiechnięta w jego kierunku,usiadłam na wysokim krześle,ten pstryknął palcami
-Kelner! Jeden mocny drink dla tej pięknej pani-spojrzał na ciebie,kelner zajmował się akurat napojem kiedy wy się sobie przedstawialiście-Louis Tomlinson-powiedział chłopak i ucałował twoją rękę
-[T.I] [T.N]-uśmiechnęłaś się szeroko i odpowiedziałam
-Pięknie-dopowiedział podając mi szklankę po brzegi wypełnione alkoholem,rozmawiało ci się z nim wspaniale. -Jesteś sama,tutaj?-zapytał po chwili,ty napiłaś się drinka i oblizałaś wargę co najwidoczniej bardzo na niego działało
-Ja? Jestem z przyjaciółkami. Świętujemy moje urodziny-odpowiedziałaś mu
-Ach tak,w takim razie wszystkiego najlepszego-powiedział do ciebie-Skoro już tutaj jesteśmy,może zatańczymy?-zapytał,ty wstałaś i po chwili pociągnęłaś chłopaka na parkiet,jednak z powolniejszych piosenek,było wspaniale,czułaś jakbyś znała Louisa już od kilku dobrych miesięcy a znaliście się zaledwie dwie godziny.Tańcząc tak rozmawialiście na różne tematy,podobał ci się,był inny niż reszta chłopaków,których znałaś ze swojej szarej przeszłości. Nie było kolorowo...kiedyś,ale teraz jest lepiej.
Tańczysz świetnie-powiedział nadal się uśmiechając,na twojej twarzy pojawiły się rumieńce
-Przestań,nie lubię komplementów-zaśmiałaś się,ten zbliży się trochę tak,że patrzyliście na siebie,patrzyłaś teraz w jego magiczne oczy.
-Jesteś na serio wspaniała-powiedział do ciebie,uwielbiałaś ten jego delikatny głos. Tańczyliście jeszcze chwilę,aż postanowiłaś odejść na chwilę.
-Poczekaj,zaraz wracam-wyszeptałaś do jego ucha, a potem odeszłaś w stronę toalety.
Weszłaś do środka i z małej torebki wyciągnęłaś puder żeby poprawić swój makijaż,ale ktoś złapał cię za nadgarstek-odwróciłaś wzrok,trzymał cię za niego wysoki mężczyzna,który cwaniacko się do ciebie uśmiechał
-Witaj piękna-powiedział grubym głosem,przybił cię do ściany a potem zaczął całować każdą odkrytą część ciała,zaczęłaś krzyczeć jednak ten zatkał ci usta swoją dużą dłonią. Łzy ciekły ci po policzkach,nie potrafiłaś go powstrzymać,był za silny. Kiedy już ściągał ci ramiączko sukienki,ty ugryzłaś go w rękę,potem próbując uciekać,jednak to nic nie dało.
Nie wiesz skąd,ale w drzwiach pojawił się Louis,momentalnie zareagował rzucił się na faceta i zaczął się z nim bić.Mężczyzna okazał się nie tylko silniejszy,ale miał tajną broń,którą wyciągnął z kieszeni bluzy a mianowicie nóż,który po chwili wbił w brzuch Louisa,ten po prostu upadł. Nie wiedziałaś co robić,podbiegłaś do Lou i próbowałaś ocucić.
-Louis słuchaj mnie,proszę cię,nie zamykaj oczu,rozumiesz?! Louis!-krzyczałaś przez łzy,tajemniczy mężczyzna uciekł,wyciągnęłaś telefon i jak najszybciej wybiłaś numer szpitala.-Louis!-mówiłaś do niego,nie chciałaś,żeby zasypiał-Otwieraj oczy,nie śpij,roszę,Louis!-mówiłaś dalej-Zaraz będą,wytrzymaj to,jeszcze chwila-głaskałaś jego głowę,ręce ci się trzęsły, a makijaż kompletnie rozmazał.
-Idź,zostaw mnie tutaj,poczekam-mówił ledwo,jednak nie potrafiłaś go zostawić
-Co ty mówisz?-zapytałaś półszeptem
-Nigdy cię nie zapomnę-powiedział i zamknął oczy
-LOUIS!-krzyknęłaś
Biegłaś w szpilkach przez długi korytarz szpitalny,nie zwracałaś uwagi na pielęgniarki,które chodziły z tacami,ludzie wydzierali się na ciebie,że masz uważać,że jesteś niepoważna biegając tak między chorymi pacjentami,jednak ich słowa w ogóle cię nie ruszały,chciałaś być koło niego,koło Louisa,który w tej chwili był najważniejszy,chciałaś znowu przy nim być,trzymać jego głowę na swoich kolanach,znasz go jeden wieczór, a tak zaczęło ci na nim zależeć. Coś was łączyło,tak przez te kilka godzin poczułaś coś magicznego.
Drzwi sali Louisa otworzyły się a z nich wyszedł zrezygnowany lekarz
-Panie doktorze,co z nim?! Co z Louisem?!-wydzierałaś się przez łzy,ten złapał cię za ramiona i próbował uspokoić,potem kiedy patrzyliście na siebie pokiwał przecząco głową
-Przykro mi...-dodał i odszedł kryjąc swoje dłonie w kieszeniach białego fartucha.
Stałaś jak słup...on nie żyje? Nie mogłaś w to uwierzyć. To może dziwne,ale znasz go zaledwie jeden wieczór,jeden jedyny wieczór...a zdążyłaś pokochać. Zamieniłaś z nim kilka nieważnych słów,kilka wspaniałych uśmiechów i już zdążyłaś go pokochać jakbyś znała go wielki.
-Ja ciebie też nigdy nie zapomnę-powiedziałaś do siebie kiedy łzy ciekły dalej i rozmywały po całej twarzy tusz do rzęs...
-----------------------------------------------
Dzień jak co dzień, wszystko zapowiadało się bardzo ciekawie,dzisiaj wieczorem masz zamiar wyjść z przyjaciółkami do klubu,gdzie jest organizowana mała impreza z okazji twoich urodzin,to już 19 lat. Niby młody wiek,ale ty czujesz się wyjątkowo staro,może dlatego,że taka się sobie wydawałaś.
Szykowałaś właśnie wszystkie ubrania na wyjście,chciałaś wyglądać jak najlepiej. Od dłuższego czasu jesteś sama,chłopak cię zostawił i wyjechał za granicę co nie do końca ci pasowało,no,ale skoro taka była jego decyzja i postanowił cię zostawić zupełnie samą nawet bez najmniejszego pożegnania,bez zwykłego 'cześć' to mówi się trudno. Twoje przyjaciółki zawsze cię we wszystkim wspierały i to dzięki nim dałaś sobie radę ze wszystkim.
Nie wiedziałaś co możesz założyć na taką okazję jak dzisiaj,nigdy nie ubierałaś się jakoś wyjątkowo stylowo czy na czasie,ale skoro idziesz razem z przyjaciółkami, a one na pewno będą całe odpicowane ty też musisz ubrać coś w miarę stosownego.
Po dość długim szykowaniu się na przyjęcie opuściłaś progi swojego domu, z przyjaciółkami miałaś spotkać się już na miejscu, a,że zazwyczaj się spóźniają musiałaś poczekać na nie kolejne 20 minut,co oczywiście tobie nie przeszkadzało. Czekałaś nerwowo wystukując rytm swoim obcasem w szpilkach i rozglądając się.
Była 23,no nic dziwnego ludzi przybywało i patrzyło się na ciebie trochę dziwnie,jednak twój wzrok przykuł się do chłopaka,bruneta,takiego jeszcze nigdy wcześniej tutaj nie wiedziałaś,chociaż i tak wydawał się znajomy,spostrzegł się,że na niego patrzysz i obdarzył cię ciepłym uśmiechem na który oczywiście odpowiedziałaś też się uśmiechając,widziałaś jak wchodzi do klubu ze swoimi kolegami,potem straciłaś go z pola widzenia
-Ej!-usłyszałaś pisk w uchu,złapałaś się za nie i odwróciłaś,zobaczyłaś swoje przyjaciółki,uśmiechnęły się szeroko
-Nie musicie krzyczeć do mojego ucha-powiedziałaś zezłoszczona,nienawidziłaś kiedy te zachowywały się tak dziecinnie.
-No ok,przepraszamy,wchodzimy do klubu? Zaraz będzie pełno ludzi i nie uda nam się przecisnąć-zaproponowała jedna,bez zastanowienia zgodziłaś się i razem weszłyście do środka.
Dziewczyny się nie myliły,było pełno ludzi,jednak po wypiciu paru szklanek napoju z procentami impreza dziwnie się rozluźniła,poczułaś się o wiele bardziej pewnie.
To znowu on - pomyślałaś kiedy zobaczyłaś jak tajemniczy brunet przygląda się tobie dokładnie i uśmiecha,podeszłam równie uśmiechnięta w jego kierunku,usiadłam na wysokim krześle,ten pstryknął palcami
-Kelner! Jeden mocny drink dla tej pięknej pani-spojrzał na ciebie,kelner zajmował się akurat napojem kiedy wy się sobie przedstawialiście-Louis Tomlinson-powiedział chłopak i ucałował twoją rękę
-[T.I] [T.N]-uśmiechnęłaś się szeroko i odpowiedziałam
-Pięknie-dopowiedział podając mi szklankę po brzegi wypełnione alkoholem,rozmawiało ci się z nim wspaniale. -Jesteś sama,tutaj?-zapytał po chwili,ty napiłaś się drinka i oblizałaś wargę co najwidoczniej bardzo na niego działało
-Ja? Jestem z przyjaciółkami. Świętujemy moje urodziny-odpowiedziałaś mu
-Ach tak,w takim razie wszystkiego najlepszego-powiedział do ciebie-Skoro już tutaj jesteśmy,może zatańczymy?-zapytał,ty wstałaś i po chwili pociągnęłaś chłopaka na parkiet,jednak z powolniejszych piosenek,było wspaniale,czułaś jakbyś znała Louisa już od kilku dobrych miesięcy a znaliście się zaledwie dwie godziny.Tańcząc tak rozmawialiście na różne tematy,podobał ci się,był inny niż reszta chłopaków,których znałaś ze swojej szarej przeszłości. Nie było kolorowo...kiedyś,ale teraz jest lepiej.
Tańczysz świetnie-powiedział nadal się uśmiechając,na twojej twarzy pojawiły się rumieńce
-Przestań,nie lubię komplementów-zaśmiałaś się,ten zbliży się trochę tak,że patrzyliście na siebie,patrzyłaś teraz w jego magiczne oczy.
-Jesteś na serio wspaniała-powiedział do ciebie,uwielbiałaś ten jego delikatny głos. Tańczyliście jeszcze chwilę,aż postanowiłaś odejść na chwilę.
-Poczekaj,zaraz wracam-wyszeptałaś do jego ucha, a potem odeszłaś w stronę toalety.
Weszłaś do środka i z małej torebki wyciągnęłaś puder żeby poprawić swój makijaż,ale ktoś złapał cię za nadgarstek-odwróciłaś wzrok,trzymał cię za niego wysoki mężczyzna,który cwaniacko się do ciebie uśmiechał
-Witaj piękna-powiedział grubym głosem,przybił cię do ściany a potem zaczął całować każdą odkrytą część ciała,zaczęłaś krzyczeć jednak ten zatkał ci usta swoją dużą dłonią. Łzy ciekły ci po policzkach,nie potrafiłaś go powstrzymać,był za silny. Kiedy już ściągał ci ramiączko sukienki,ty ugryzłaś go w rękę,potem próbując uciekać,jednak to nic nie dało.
Nie wiesz skąd,ale w drzwiach pojawił się Louis,momentalnie zareagował rzucił się na faceta i zaczął się z nim bić.Mężczyzna okazał się nie tylko silniejszy,ale miał tajną broń,którą wyciągnął z kieszeni bluzy a mianowicie nóż,który po chwili wbił w brzuch Louisa,ten po prostu upadł. Nie wiedziałaś co robić,podbiegłaś do Lou i próbowałaś ocucić.
-Louis słuchaj mnie,proszę cię,nie zamykaj oczu,rozumiesz?! Louis!-krzyczałaś przez łzy,tajemniczy mężczyzna uciekł,wyciągnęłaś telefon i jak najszybciej wybiłaś numer szpitala.-Louis!-mówiłaś do niego,nie chciałaś,żeby zasypiał-Otwieraj oczy,nie śpij,roszę,Louis!-mówiłaś dalej-Zaraz będą,wytrzymaj to,jeszcze chwila-głaskałaś jego głowę,ręce ci się trzęsły, a makijaż kompletnie rozmazał.
-Idź,zostaw mnie tutaj,poczekam-mówił ledwo,jednak nie potrafiłaś go zostawić
-Co ty mówisz?-zapytałaś półszeptem
-Nigdy cię nie zapomnę-powiedział i zamknął oczy
-LOUIS!-krzyknęłaś
Biegłaś w szpilkach przez długi korytarz szpitalny,nie zwracałaś uwagi na pielęgniarki,które chodziły z tacami,ludzie wydzierali się na ciebie,że masz uważać,że jesteś niepoważna biegając tak między chorymi pacjentami,jednak ich słowa w ogóle cię nie ruszały,chciałaś być koło niego,koło Louisa,który w tej chwili był najważniejszy,chciałaś znowu przy nim być,trzymać jego głowę na swoich kolanach,znasz go jeden wieczór, a tak zaczęło ci na nim zależeć. Coś was łączyło,tak przez te kilka godzin poczułaś coś magicznego.
Drzwi sali Louisa otworzyły się a z nich wyszedł zrezygnowany lekarz
-Panie doktorze,co z nim?! Co z Louisem?!-wydzierałaś się przez łzy,ten złapał cię za ramiona i próbował uspokoić,potem kiedy patrzyliście na siebie pokiwał przecząco głową
-Przykro mi...-dodał i odszedł kryjąc swoje dłonie w kieszeniach białego fartucha.
Stałaś jak słup...on nie żyje? Nie mogłaś w to uwierzyć. To może dziwne,ale znasz go zaledwie jeden wieczór,jeden jedyny wieczór...a zdążyłaś pokochać. Zamieniłaś z nim kilka nieważnych słów,kilka wspaniałych uśmiechów i już zdążyłaś go pokochać jakbyś znała go wielki.
-Ja ciebie też nigdy nie zapomnę-powiedziałaś do siebie kiedy łzy ciekły dalej i rozmywały po całej twarzy tusz do rzęs...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)